Bogdan Fabiański – wywiad 13.10.2017

01.30.08.2017 Bogdan Fabiański i Ja_Sierpien 2017

Bogdan Fabiański i Ja 🙂 Sierpień 2017 fot.AK

Bogdan Fabiański – Dziennikarz radiowy i telewizyjny, DeeJay, producent i wykładowca, specjalista d/s muzycznych. Autor listy TOP 40 Dance Chart najstarszej klubowej listy w Polsce. Ponadto jest autorem licznych programów radiowych i telewizyjnych, korespondent: Polish Daily News w Chicago, stacji radiowej 1080 AM w Chicago, Global Hot 100 Dance Traxx (Niemcy, Anglia), współpracownik pism muzycznych np. DJ Raport(PL). Bogdan Fabiański to również spiker, lektor oraz dziennikarz w programach I, II i III Polskiego Radia. Prowadził wiele audycji takich jak: „Studio Stereo Zaprasza”, „Piosenki na życzenie”, „Wieczór płytowy”, „Top 30 Dance Chart”, Studio Gama”, „Muzyka na 33 i 45 obrotów”, „Muzyka nocą”, „Studio Rytm”, „Wieczór i Noc DJ-ów”. W telewizji prowadził programy: Telewizyjną Listę Przebojów, Magazyny „Flesz” i „MIM”, V-JAY, etc. Na przełomie lat 70 i 80-tych prowadził w Rozgłośni Harcerskiej Listę Przebojów. Jako DeeJay występował w warszawskich klubach: Alfa, Stodoła, Hybrydy, Park, Orfeusz, Cyganeria, Olszynka, Nimfa, Stolica, Underground. W 1990 roku po raz pierwszy został zaproszony jako DeeJay i dziennikarz do USA i Kanady, gdzie do chwili obecnej gościnnie występuje w klubach w Miami, Chicago, Detroit, Nowym Jorku i Filadelfii oraz w Toronto, London i Vancouver. Zapraszany przez wielu znanych DJ-ów do wspólnych występów od Szwajcarii po Kanadę. W Polsce współpracuje z organizacjami DJ Promotion i Dee Jay Mix Clubem. Aktualnie jest dziennikarzem muzycznym współpracującym z Radiem Katowice, RdC – Radio Dla Ciebie oraz Radiem Poznań.

 

Arkadiusz Kałucki: Ostatnio jak rozmawialiśmy to doszliśmy do wspólnego wniosku, że dziś tj. w XXI w. należałoby redefiniować znaczenie pojęcia DJ. To proszę powiedz jak Ty to widzisz tu i teraz?

Bogdan Fabiański: Trzeba zastanowić się jakie znaczenie miały słowa Disc Jockey w tamtych latach i czy nie powinno się zmienić nazwy obecnego „prezentera muzyki”. Kiedyś ten termin oznaczał osobę grająca muzykę z płyt gramofonowych (winylowych). Dzisiaj ten termin odnosi się do tych którzy grają muzykę z różnych źródeł: płyty CD, cyfrowe pliki audio lub korzystają z laptopa i miksują muzykę tworząc nowe utwory lub płynne przejścia. Jeśli ktoś twierdzi, że jest DJ-em radiowym, to ta nazwa jest nieadekwatna, ponieważ playlistę ma przygotowaną przez inna osobę i tylko ją wypuszcza. Uważam, że w radiu jest tylko prezenterem muzyki. W przypadku grania z kontrolerów z których 2/3 pracy wykonuje program, nazwanie kogoś DJ-em jest trochę mylące. Moim zdaniem powinno się je redefiniować.

Arkadiusz Kałucki: Grasz w klubach w całej Polsce. Jakie najczęściej widzisz, słyszysz grzechy DJ-ów? Pozwolisz, że zgadnę i podpowiem: Mówienie do mikrofonu? Kłopoty z doborem nagrań?

Bogdan Fabiański: Często „modlę się” aby DJ już więcej nie odzywał się do tańczących w klubie. Dlaczego? Nie ma głosu mikrofonowego, nie potrafi wypowiedzieć nawet jednego zdania poprawnie w języku polskim, krzyczy do mikrofonu te same dwa, trzy lub cztery słowa, uważa się za bożyszcze tłumu i traci kontrolę nad tym o czym mówi i co chce przekazać. Slogany używane przez DJ-ów nie zmieniły się od lat: „Jak się bawicie”, „Jazdaaaa”, itp. To tylko najbardziej kulturalne przykłady. Wtedy chciałbym aby dobrze dobierał repertuar i już się nie odzywał. Cenię DJ-ów grających z płyt winylowych, bo wiem że oni wydają pieniądze na płyty. Tych od CD mniej, bo grają z CDR-ów, głównie z pirackich nagrań. Ale są też tacy, którzy inwestują w CD. Zresztą dzisiaj (szczególnie w naszym kraju) nikogo nie obchodzi z czego grają, skąd mają nagrania i… jak brzmi muzyka w klubie, barze, na evencie, weselu itp.

Arkadiusz Kałucki: Co z wiedzą u DJ’ów? Mają świadomość co grają? Dlaczego? Historię utworu? Jak to było, kiedy Ty zaczynałeś przygodę za konsoletą? Są podobieństwa? Bo powiedzmy szczerze, dziś kursy dla didżejów są tylko dodatkiem, uzupełnieniem do całości.

Bogdan Fabiański: Dzisiaj kursy dla DJ-ów potrafią być dobrze prowadzone, zarówno od strony technicznej jak i przekazywania muzycznej wiedzy. Ale takich szkoleń jest niewiele. Uważam, że każdy kto chce być dobrym DJ-em (a tym bardziej producentem) powinien posiadać wiedzę o historii muzyki rozrywkowej. Obserwuję na kursach dla DJ-ów, jak wielu lekceważy to zagadnienie. Potem wygadują takie „farmazony” przez mikrofon, że lepiej iść do baru aby tego nie słuchać. Jeden z kursantów powiedział do mnie, że on gra wesela, to wiedza mu niepotrzebna, bo dostaje playlistę od „państwa młodych” i jak potrzeba to i tak sobie ściągnie to nagranie. Wystarczy mu tytuł i kto śpiewa proponowaną piosenkę. Ale…aby być dobrym DJ-em na weselu, też potrzeba odbycia szkolenia w tym zakresie.

02.Bogdan Fabianski in the mix

Bogdan Fabiański fot.archiwum BF

Arkadiusz Kałucki: Jak to jest według Ciebie z „Kulturą bycia DJ’em”? Jaka jest jego kondycja? Co z szacunkiem dla naszej grupy i czy My siebie szanujemy?

Bogdan Fabiański: Z tym bywa różnie, gdy w grę wchodzą… pieniądze. Są grupy, które szanują się wzajemnie… ale też jest – jak w każdym zawodzie – zazdrość, podkładanie „świnki” po przez zaniżanie stawek… itd. Niestety jakość tego „zajęcia” spada.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy ponad 25 lat temu zdałem egzaminy na DJ’a i rozpoczynałem pracę dziennikarza muzycznego etc. do dyspozycji były tylko dwa gramofony, mikser i mikrofon. Dziś DJ’e mają do dyspozycji tyle sprzętu z telefonami włącznie, że tylko brać i wybierać. Postęp technologiczny jest niesamowity, co jest bardzo dobre. Ta machina biznesowa i technologiczna stawia nas w zupełnie innym świetle i miejscu. Jakie Twoje zdanie?

Bogdan Fabiański: Dzisiaj DJ może sterować muzyką siedząc pod klubem w samochodzie. Audycję radiową można nagrać i wyprodukować w domu a następnie przesłać do radia. W USA wielu prezenterów radiowych (od lat) prowadzi audycje ze studia , które jest w jego domu. Technologia zawsze (codziennie) będzie zmieniać nasze życie i podejście do grania (odtwarzania) muzyki nie tylko w klubach (barach, eventach, weselach itp.), ale również i w radiu.

Arkadiusz Kałucki: Często bywasz po drugiej stronie oceanu. Pamiętam jak kiedyś przywiozłeś z USA bilety do klubu z wydrukowanym swoim imieniem i nazwiskiem, że tam będziesz grał dla klubowiczów. W Polsce nadal musimy się uczyć takich zachowań czy w ogóle nie ma z tym problemu? Media społecznościowe są takim „biletem i plakatem” w jednym?

Bogdan Fabiański: W dużych klubach prowadzona jest przedsprzedaż biletów na imprezy głównie weekendowe gdy przyjeżdża DJ np. z innego kraju. Tak było jak grałem w Vancouver, Nowym Jorku, Chicago, Miami, Toronto czy Honolulu. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale też bardzo miłe.

03a.Bogdan Fabianski_bilety do Klubu

fot.AK

Arkadiusz Kałucki: Warto zostać DJ’em?

Bogdan Fabiański: Zawsze warto gdy inwestuje się w zajęcie które nie tylko przynosi pieniądze na życie ale i rozwija nas intelektualnie.

Arkadiusz Kałucki: Duże dzięki Fabian za spotkanie i rozmowę 🙂

Bogdan Fabiański: Dzięki Arecky 🙂

Reklamy

Dominika Sojda wywiad 3.10.2017 r.

01.Dominika Sojda i Ja 1

Dominika Sojda i Ja fot.AK

Minął ponad rok od debiutu Dominiki Sojdy na profesjonalnej scenie muzycznej. Ma już w swojej biografii dwa singlowe utwory „Już wiem, że Ty” oraz „Neony”. Oba nagrania bardzo różne pod każdym względem. O początkach, o poszukiwaniu swojej tożsamości muzycznej, inspiracjach i teraźniejszości porozmawiałem z Dominiką przy okazji wywiadu radiowego dla POP Radia 92,8 FM i Radia Płońsk 93,6 FM 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Swoją drogę muzyczną zaczynałaś śpiewając w chórze. To jest praca zespołowa, kompromis, zgranie, współpraca. Dziś jesteś solistką. Czy to oznacza, że masz silną osobowość i praca w grupie jest dla Ciebie niewygodna? Sama chcesz za wszystko odpowiadać?

Dominika Sojda: Zaraz po przygodzie w chórze szkolnym zaczęłam dodawać swoje covery na youtube, więc moja muzyczna droga zaczęła się zmieniać i zmienia się do tej pory. jestem osobą, która lubi pracować sama, jak i w grupie. Teraz jestem solistką, ale muzycznie pracuję w grupie z Karolem serkiem i Pawłem Szcześniakiem, moimi producentami. Całe piosenki, teksty i melodie tworzymy wspólnie, ale dajemy sobie też wolność, jeśli ktoś z nas czuje, że chce zrobić coś sam. z tego doświadczenia wiem, że zarówno praca w grupie jak i samodzielna przy tworzeniu muzyki ma swoje plusy i minusy 🙂

Arkadiusz Kałucki: Zanim w 2016 r. zadebiutowałaś na polskiej scenie muzycznej, brałaś udział w Festiwalu Scyzoryki 2013 i Talencie Świętokrzyskim. Tam śpiewałaś covery anglojęzyczne. Twoje dwa singlowe utwory „Już wiem, że ty” i ten najnowszy „Neony” są po polsku. Skąd taka zmiana? Czy to zabieg celowy i czy już tak pozostanie?

Dominika Sojda: Nie odcinam się całkowicie od języka angielskiego. Uwielbiam utwory zagraniczne i dlatego na pewno stworzę też swoje anglojęzyczne teksty. Jeśli chodzi o moje debiutanckie single i pierwsze piosenki, chciałam śpiewać w naszym ojczystym języku. Jestem zdania, że brakuje nowoczesnej muzyki z naszymi polskimi tekstami, dlatego też idę w tą stronę. Tak czuję, tak robię i dzięki temu coraz lepiej czuję się w pisaniu polskich tekstów 🙂 Na mojej debiutanckiej płycie na pewno będą przeważać polskie teksty, nie zabraknie też odrobiny angielskiego.

03a.Domi - Neony 96 fot.Universal Music Polska

Dominika Sojda fot. Universal Music Polska

Arkadiusz Kałucki: Kto jest Twoim towarzyszem muzycznym w drodze na przysłowiowy „Top”? Z kim współpracujesz przy nagrywaniu debiutanckiej płyty?

Dominika Sojda: Współpracuję z moimi producentami Karolem Serkiem i Pawłem Szcześniakiem. Działamy razem od 2013 roku, odkąd wygrałam Festiwal Scyzoryki. Stworzyliśmy wspólnie mnóstwo piosenek. działamy tzw. ,,burzą mózgów”. Każdy z nas ma dużo pomysłów, wszystkimi się dzielimy i wybieramy najlepsze. Wspaniale pracuje mi się z chłopakami, nie ma między nami konfliktów i staramy się dochodzić do wspólnych wniosków. Kompromisowo patrzymy na wszystkie nasze idee. Bardzo dobrze czuję się w naszym teamie, mogę bez obaw wyrażać siebie, swoje myśli i emocje:)

Arkadiusz Kałucki: Sama piszesz teksty. Gdzie czerpiesz inspiracje?

Dominika Sojda: Właściwie sama nigdy nie wiem, co mnie zainspiruje. Piszę o własnych przeżyciach i odczuciach. Często odtwarzam w mojej głowie sytuacje, o których piszę. Zmieniam niektóre wątki i zabarwienia emocjonalne, ale teksty cały czas bazują na sytuacjach z mojego życia.

Arkadiusz Kałucki: Między dwoma singlowymi utworami „Już wiem, że ty” i „Neony” jest kolosalna różnica, zwłaszcza w brzmieniu. O ile pierwszy to pop z elementami retro, to ten najnowszy jest pop-danceową propozycją. To kolejny etap w poszukiwaniu swojej drogi muzycznej?

Dominika Sojda: Tak, dokładnie! Cały czas poszukuję swojego brzmienia muzycznego. Mam dopiero 20 lat i chcę poznać siebie jak najlepiej. Coraz więcej pracuję w studiu i coraz bardziej otwieram się na muzykę. Myślę, że minie jeszcze dużo czasu zanim skończę eksperymentować. Wszystko przede mną! Na pewno chcę pozostać w nowoczesnych klimatach, których słucham na co dzień 🙂

02a.Domi - Neony 443 fot Universal Music Polska

Dominika Sojda fot. Universal Music Polska

Arkadiusz Kałucki: Proszę powiedz o autorytetach muzycznych Dominiki Sojdy i krótko scharakteryzuj dlaczego taki wybór?

Dominika Sojda: Słucham przede wszystkim zagranicznej muzyki. Ciężko wymienić mi kilka autorytetów, bo jest ich naprawdę wiele. Na światowej i polskiej scenie muzycznej jest i było wielu artystów, którzy mocno wpłynęli na moje postrzeganie muzyki i ugruntowali we mnie emocjonalny odbiór muzyki. Uwielbiam, gdy piosenka wywołuje we mnie emocje! I nie muszą być one tylko pozytywne. Jako odbiorca chcę czuć, nieważne czy smutek, czy niepewność. Mogą być to nawet nieokreślone emocje. Ale trochę odbiegłam od tematu… moje inspiracje muzyczne to m.in. Amy Winehouse, Dua Lip, Camila Cabello i wiele innych.

Arkadiusz Kałucki: Na koniec zapytam o teledyski. Masz wpływ na scenariusze? Chcesz mieć ostateczną decyzję na końcowy efekt? Z kim współpracowałaś przy Neonach?

Dominika Sojda: Oczywiście, mam wpływ na scenariusze i na to, jak będzie wyglądał końcowy efekt 🙂 „Neony” zostały wyreżyserowane przez Annę Powierżę. Super nam się współpracowało! Razem obmyślałyśmy główny nastrój teledysku, lokalizacje i grę świateł. Sama wymyśliłam klimat i ogólny zarys historii, jaki chciałabym zobaczyć w teledysku do „neonów”, a Ania pomogła ubrać to w profesjonalnie napisany scenariusz. Gdy tylko usłyszała moje pomysły, od razu puściła wodze fantazji i wpadła na szereg wspaniałych idei. Nadajemy na tych samych falach!

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za spotkanie i do zobaczenia przy premierze debiutanckiej płyty.

Dominika Sojda: Również dziękuję! Do zobaczenia!

Joanna Morea interview 26.09.2017

Joanna Morea i Ja Czerwiec 2017

Joanna Morea i Ja fot.AK

She sings swing in Polish and this is a WOW! already. Not everyone can do this! A traveller by passion, Joanna Morea has her heart in jazz and is now promoting her album “Crazy people”. My short question and answer with Asia [Joanna] on that album is kind of a sum up of my radio interview with her, which I ran a couple of months ago.

 

Arkadiusz Kałucki: You have several music projects and jazz festivals to your credit. Now you are promoting your latest album “Crazy People”. Who is your target? Who are your fans? How can you profile them?

Joanna Morea: Judging by my direct observations of the audiences attending my concerts, be it regulars or occasional comers, hearing from people who write to me, whereby I know what they think and feel when they listen to my tune, I may not be mistaken to say that they are music gourmets, lovers of music of all colours, music which is not necessarily commercial. They are listeners, acute and perceptive and not the ones who take music as a backdrop for something. They have fun with this music since they naturally embrace and take in the joy encapsulated in a phrase or chord progression. They are clearly true and passionate lovers of lively music played live. I believe that those most committed fans have a strong liking or even love for swing. You have to know how to get this special feeling, get it rather than label this or that. And that is quite a different cup of tea. I also believe that my songs are so arranged that they will reach attention of not only those who are into more refined repertoire already but attract beginners to the beauty and subtleness of swing and jazz.

Arkadiusz Kałucki: You sing swing in Polish on your new album, or at least most songs are in that language. Was that the hardest challenge you’ve had while preparing this music material?

Joanna: This, indeed, was one of the most difficult part of that project. The difficulty is not so much in the technical aspect of performing – though yes, maybe it is to some extent – as in the feeling, in such a rendering of Polish lyrics that the songs sound light and free, they swing and sway in a natural way, both in terms of phrasing and wording. What I’m talking about is ‘harshness’, I mean, Polish is not a smooth-sounding language. This also is about collaboration with the band, most notably the rhythm section, which is great on the album, and with them on your side, with such perfect swinging musicians, it is much easier to achieve this natural “swaying” effect.

Joanna Morea 2a fot. Sławomir Nakoneczny (PIła)

Joanna Morea fot. Sławomir Nakoneczny(PIła)

Arkadiusz Kałucki: Among several lyricists who wrote for you is Marek Gaszyński (i.a. Sen o Warszawie, Nie zadzieraj nosa, Gdzie się podziały tamte prywatki), a music journalist as well. How did it happen that you started working with such a renowned lyricist? Did he write songs specially for you?

Joanna: I met Mark quite a while ago. I believed then that such a big name, a journalism star, an excellent lyricist and speaker would never give a hoot about someone like me, a jazz flautist singing only in some places. But he did. He came up to me at a concert telling me that he was impressed with what I’m doing and asking if I could write music to his lyrics. And so it happened. He wrote lyrics to the song “Personal Freedom” on “Crazy People” album specially for me. When I read them first, I couldn’t help crying.

Arkadiusz Kałucki: Some big names of Polish jazz are involved in “Crazy People” album: Urszula Dudziak, Zbigniew Namysłowski, Robert Majewski. Let us please get some behind-the-scenes info on how it came about that you had them involved in this album. How did your collaboration in the studio look like?

Joanna: It’s quite a commonly asked question. I knew Ula [Urszula Dudziak] before this project. We met once and made music together for a while, and there is no better thing to get people close together than having fun with music. Ula is so full of joy and optimism that even though I felt deeply scared and worried for a couple of days before the recordings began, the session went surprisingly well – the atmosphere was fabulous, full of mutual respect and admiration, with no stress whatsoever. That was clearly thanks to Ula, but, in fact, the same thing was with Zbyszek [Zbigniew] Namysłowski and Robert Majewski. It is Dymitr Markiewicz who brought their attention to me and my music. I was doubtless scared to death of their judgment of my compositions and renderings. But there is a good side of it – the prize tastes better. Both gentlemen turned out to be very kind and outgoing musicians and colleagues. Now, after a few concerts I had with Robert Majewski, I can’t get over how straightforward and approachable he is while being such a top-notch musician.

Arkadiusz Kałucki: How many songs did you have to slash from “Crazy People” because there was no room for them? Will you come back to them with your next album?

Joanna: How many did I not contain? And how many are still waiting their turn? There are a few, at least. I’m like a volcano, so to speak. This is how Michał Kulenty (R.I.P) labelled me once. Enormous pressure builds up beneath the surface of the earth, and then, one day, should the conditions allow, the lava blows out with all its force. I myself also take long to make recordings for an album, getting involved in a variety of projects before that. There is so much material now as there is pressure underground before the lava eruption. I can now close myself in the studio for months. So, once my first album is out, it should be followed by a number of new eruptions, if we are to live by this volcanic philosophy. Luckily, I have plans and these plans are for the following summer already.

Arkadiusz Kałucki: I have to ask you about concerts promoting the album. How are the preparations going and where can we see and hear you soon?

Joanna: I’m currently engaged in several different projects, so I can’t focus solely on the live promotion of “Crazy People”. We’ll come back to the whole of that music after summer holidays. Still, I’ll be performing at a few jazz festivals and will play and sing some of the compositions in different setups. I think one of the most interesting events will be the International Festival of Trad Jazz “Hot Jazz Spring 2017” in Częstochowa, as early as on 4 June 2017. We’ll join the formation Dymitr Markiewicz & His All Stars (PL/NL/S/GB) and this is where I will be singing Crazy People along with a Swedish jazz megastar Gunhild Carling.

Arkadiusz Kałucki: What stage of your career are you at now? How would you describe it?

Joanna: At the starting point. This is the beginning of the grand eruption (hahaha). Up until now, I have only played and composed. Now a new stage has started: the recording. It does not rule out the other activities but complements them. My best moments are still ahead of me.

Arkadiusz Kałucki: Thanks for the interview and see you at concerts.

Joanna Morea: Many thanks. Welcome to wherever I’ll be performing.

Arek Kłusowski – wywiad 6.09.2017

01.17.08.2017 Arek Kłusowski i Ja 1

Arek Kłusowski i Ja fot.AK

Mój imiennik nie ma pretensji i roszczeń do „całego świata”, że coś mu się należy. Poprzez pracę, szacunek, pokorę i wytrwałość połączoną z konsekwencją doprowadził do sytuacji, że jeszcze w tym roku tj.2017 ukaże się jego płyta. Uczestnik 3 edycji The Voice Of Poland Arek Kłusowski jest bez wątpienia bardzo utalentowanym wokalistą. Aktualnie kończy pracę nad swoim albumem, przy którym współpracuje m.in. z Michałem Wasilewskiego z zespołu Xxanaxx. Poniży wywiad jest tylko wycinkiem w dokonaniach muzycznych młodego Rzeszowianina, a pomysłów na kolejne realizacje mu nie brakuje 🙂

 

 

Arkadiusz Kałucki: Nadal jesteś kierownikiem Rzeszowskiej Grupy Artystycznej? Możesz przybliżyć zamysł tego przedsięwzięcia kulturalnego? Jaka jest aktualnie kondycja tej inicjatywy?

Arek Kłusowski: Nasza grupa artystyczna to była licealna potrzeba obcowania ze sztuką i tworzenia ciekawych muzycznych projektów w małym mieście. Zbieranina wielu zdolnych wokalistów, którzy dzięki mojej determinacji mogli pokazywać się szerszej publiczności. Dziś każdy z jej członków robi duże rzeczy w przestrzeni ogólnopolskiej, wszyscy wyjechali z Rzeszowa i spełniają się w różnych ciekawych projektach.

Arkadiusz Kałucki: Spektakl „Cohen-Nohavica” w reżyserii Mariana Opani to ogromne wyzwanie dla nie jednego aktora. Grasz w tym przedstawieniu…kogo? I proszę opowiedz historię jak trafiłeś do Teatru?

Arek Kłusowski: Marian Opania zobaczył mnie w telewizji i zaproponował udział w spektaklu, akurat dobrze się złożyło bo w tym czasie byłem w zawodowej przepaści i gdyby nie to, pewnie wyjechałbym już za granicę. Udowodniłem, że nie jestem rządnym sławy chłopcem z talent show, tylko myślącą istotą wykonującą poważny repertuar w doborowym towarzystwie m.in. Piotra Machalicy. Uwielbiam przełamywać stereotypy. W naszym przedstawieniu dubluje się z wybitnym Marcinem Januszkiewiczem, którego podziwiam od lat i grom zaszczytu, którego dostąpiłem bardzo mnie podbudował. Moim kolejnym marzeniem jest zaśpiewanie w Operze. Jestem kontratenorem, więc mógłbym spróbować wycisnąć jakieś wymagające arie. Musze to zrobić.

02a.Arek Kłusowski foto Dawid Klepadło

Arek Kłusowski fot.Dawid Klepadło

Arkadiusz Kałucki: Zastanawiam się kiedy masz czas na życie prywatne(śmiech), bo bardzo intensywnie żyjesz. A moje kolejne pytanie dotyczy przedstawienia muzycznego „Tribute to Anna Jantar” wystawianego w warszawskim Teatrze Capitol. Dodam, że jedną z wokalistek, którą możemy spotkać i usłyszeć jest Małgorzata Nakonieczna z zespołu Soulove. Proszę o pełną wypowiedź jak doszło do realizacji tego pomysłu? Kto jeszcze oprócz Was występuje?

Arek Kłusowski: Ja nie chce mieć innego życia, oprócz sceny. To jest jedyna rzecz dla której żyje, i bez której żyć nie umiem. Tam czuje się bezpiecznie i mogę być sobą. Jestem uzależniony od tworzenia muzyki i koncertowania, to jest moja misja i ogromna pasja, dla której poświęciłem wszystko i bardzo walczyłem o to, żeby móc to robić. Pomysł powstał z chęci obcowania ze swoimi przyjaciółmi na scenie. Lubimy się, spędzamy ze sobą dużo czasu, poznaliśmy się w programie telewizyjnym i tak zażarło, że staliśmy się paczką. To w dzisiejszych czasach bardzo rzadkie. Projekt bardzo ewoluował w czasie i stał się już koncepcyjnym cyklicznym muzycznym show. Z każdego kolejnego występu analizuje wszystko i staram się udoskonalać go pod każdym względem. Na scenie możemy zobaczyć przekrój różnych osobowości i stylów muzycznych, których łączy ogromna miłość do muzyki. Raczej staram się dobierać sobie myślących wrażliwych współpracowników, w kwestiach organizacyjnych jestem bardzo apodyktyczny i ludzie bez dystansu raczej nie złapią ze mną przelotu.

Arkadiusz Kałucki: Jak opisałbyś moment, w którym aktualnie się znajdujesz jako artysta?

Arek Kłusowski: Ja nie wiem jaki to moment artystyczny, ale jako człowiek odzyskałem dawną energię i siłę, której brakowało mi przez ostatnie lata. Coraz częściej bywam szczęśliwy, zacząłem w siebie wierzyć i nie przejmuje się głupotami. Mam świetnych managerów Kasie i Łukasza, którzy we mnie wierzą i wspierają mnie, czuje się potrzebny. Jak całe życie ktoś Ci wmawia, ze jesteś do niczego to ciężko o zdrowy balans pomiędzy rzeczywistością a wyobrażeniem.

Arkadiusz Kałucki: Twoje dwa teledyski „Na Niby” oraz „To już za nami” są do obejrzenia w formie filmu „panoramicznego”. Ta metoda bardzo popularna w kinie przez blisko dwie dekady XX wieku(od połowy lat 50-tych do końca lat 70-tych). Czy X Muza jest w przyszłości Twoim kolejnym obszarem, który chciałbyś eksplorować, a realizacja teledysków jest pierwszym krokiem?

Arek Kłusowski: Inspiracje się zmieniają od bodźców, które otrzymuje. Może to też kwestia otoczenia. Mam już pomysł na kolejną płytę, ale finalnie chciałbym śpiewać soulowe rzeczy. Chciałbym wydać tomik poezji, książkę, wystawić musical, zaśpiewać w operze i zejść ze sceny, kiedy będę widzieć, że to nie ta jakość. Gdy będę już zarabiać dobre pieniądze to zainwestuje w takie clipy, które będą tworzyły nową jakość wizualną, na razie robimy wszystko własnym sumptem.

03.Arek Kłusowki i Marian Opania

Arek Kłusowski(z lewej), Marian Opania(z prawej) fot.Dawid Klepadło

Arkadiusz Kałucki: Kiedy spotkaliśmy się blisko rok temu trwały prace nad Twoją płytą. Jak dziś wygląda sytuacja w tej materii? Ukończona? Ostatnie poprawki? Możesz powiedzieć coś o terminie premiery?

Arek Kłusowski: Płyta skończona, niebawem premiera. Trochę to trwało, ale jestem z niej dumny.

Arkadiusz Kałucki: Na zakończenie naszego spotkania proszę powiedz jak przygotowania do występu w Opolu? Wystąpisz podczas Festiwalu Polskiej Piosenki w konkursie Debiutów z piosenką „To już za nami”. Trema jest? Bo przesłanie w tekście też jest ważne.

Arek Kłusowski: Ja się w ogóle nie przygotowuje, jadę tam jak na normalny koncert, daje 200 procent normy. Każda moja piosenka ma ważne przesłanie, ale nie nakręcam się tym. Robię swoje i do domu!:)

Arkadiusz Kałucki: Bardzo dziękuję za spotkanie i trzymam kciuki za występ w tak ważnym miejscu dla polskiej piosenki 🙂

Arek Kłusowki: Również bardzo dziękuję 🙂

De Mono – Tomasz Korpanty – wywiad 28.08.2017 r.

01.17.08.2017 De Mono i Ja 1

De Mono – Tomasz Korpanty(w środku), Marek Kościkiewicz(z prawej), no a moi wiadomo 🙂 fot.AK

Jak ten czas szybko mija 🙂 Już 30 lat na scenie działa zespół De Mono, którego założycielem i pomysłodawcą jest Marek Kościkiewicz. Nowym wokalistą kultowego zespołu jest Tomasz Korpanty. Z Tomkiem Korpantym poznaliśmy się w lutym 1999 r. kiedy do życia powołany został duet Sigma. Kolejne losy jego muzycznej kariery poznacie w poniższym wywiadzie, bo Tomek jest bardzo rozmownym człowiekiem 🙂 Ale nasze spotkanie jest niejako kontynuacją tego o czym rozmawiałem w czerwcowej audycji „Warto Posłuchać” (POP Radio 92,8 FM oraz Radio Płońsk 93,6 FM) z Markiem Kościkiewiczem. Jesienią ukazuje się nowa płyta De Mono. Nie mogłem sobie odmówić wymiany kilku zdań i pytań z wokalistą grupy na temat ich nowego materiału muzycznego:)

 

Arkadiusz Kałucki: Zanim porozmawiamy o De Mono, chciałbym Ciebie poprosić o nakreślenie swojej kariery muzycznej przed dołączeniem do zespołu. Tylko nie mów, że byłeś bliski zmiany zawodu bo nie uwierzę 🙂

Tomasz Korpanty: Spodziewałem się tego pytania, które dla każdego muzyka jest pytaniem bardzo otwartym, trudnym do sprecyzowania ale postaram się przybliżyć, co działo się ze mną, zanim dołączyłem do zespołu De Mono. Nie pochodzę z rodziny muzycznej, chociaż mój tata muzykował trochę jako perkusista ale nie osiągnął on sukcesu w tej dziedzinie. Już jako dziecko zainteresowałem się muzyką, instrumentami, dźwiękiem i harmonią ale wówczas jeszcze nie miałem tej świadomości jak wyrażać siebie poprzez tą dziedzinę artystyczną. Nie sądziłem też, że stanie się ona moja pasją, towarzyszką życia oraz pracą zawodową.

Jako nastolatek grywałem w zespołach, z którymi jeździłem na festiwale muzyczne, próby robiliśmy najczęściej w domach kultury, były to czasy szkoły średniej, muzyka była wtedy bardzo spontaniczna i te lata wspominam bardzo dobrze. Z zespołem FRESH na przykład zagraliśmy na profesjonalnej scenie w Krakowie podczas MALBORO ROCKING, a także nagraliśmy pierwszą „demówkę” z autorskimi piosenkami.

Jednocześnie, a wynikało to chyba z rodzinnych tradycji uprawiałem piłkę nożną w Stali Mielec i nawet udało mi się strzelić kilka bramek 🙂 To bardzo fajny okres mojego życia, edukacja w szkole sportowej, wyjazdy na obozy sportowe, do tej pory spotykam się od czasu do czasu z kolegami aby „haratnąć w gałę” 🙂

No ale idźmy dalej z tą moją biografią :)….

Pod koniec lat 90 –tych podjąłem męską decyzję, spróbuję swoich sił w telewizji. Nie z pobudek, nie po to by wylansować się ale z powodu czystej ciekawości tego świata. Wystąpiłem w jednym z popularnych talent show emitowanym przez telewizję TVN – „Twoja droga do gwiazd”. To był chyba pierwszy taki program w Polsce, prowadził go Krzysztof Ibisz.  Dotarłem do finału całej serii, a w odcinku finałowym zaśpiewałem, o ile się nie mylę piosenkę „If You don’t know me by now” z repertuaru zespołu Simply Red. Biorąc udział w tym programie pierwszy raz poczułem światła i kamery oraz tremę.

Jakiś czas później zatelefonował do mnie Paweł Marciniak z zespołu Varius Manx z zapytaniem czy nie przyjechałbym do Łodzi na przesłuchania. Opowiedział mi po krótce, że bardzo mu się spodobał mój występ w telewizji, że szykują płytę i że szukają wokalisty, który zaśpiewałby na niej.

Moja decyzja o przyjeździe do Łodzi była chyba przełomową w moim życiu, bo tak naprawdę od tego momentu rozpoczęła się moja przygoda z muzyką. Po przesłuchaniach w studio chłopaki z Varius Manx zgodnie uznali, że mój głos pasuje do konwencji muzyki, klimatu muzycznego i podjęliśmy decyzję, że nagrywamy płytę.

Moje zetknięcie się z profesjonalnym studiem, zawodowymi muzykami oraz z show biznesem było dla mnie bardzo ważnym i inspirującym doświadczeniem. Efektem naszej pracy powstała płyta „Emphasis” a zespół złożony z nuzyków Varius Manx nosił nazwę SIGMA. Rozpoczęliśmy promocję płyty, nagraliśmy teledysk promujący to wydawnictwo i zagraliśmy kilka koncertów. Jednocześnie zespół Varius Manx funkcjonował normalnie, śpiewała w nim w tym czasie Kasia Stankiewicz.

I staje się rzecz niespodziewana, los szykuje mi kolejną niespodziankę, dostaję propozycję wyjazdu do USA i Kanady z Varius Manx jako gitarzysta akustyczny. Spędziliśmy za oceanem prawie miesiąc grając dla amerykańskiej i kanadyjskiej Polonii, zwiedzając jednocześnie tak fascynujący i zróżnicowany kontynent jakim jest Ameryka Północna.

Po powrocie z Ameryki zespół SIGMA zawiesił działalność a ja wróciłem do swojego rodzinnego miasta Mielca. Nie ukrywam, że poczułem wówczas dość przykry „upadek z konia”.

Uświadomiłem sobie wówczas, że to był tylko pewien etap mojego życia artystycznego i że po drodze do dnia dzisiejszego czekać mnie będą jeszcze różne wzloty, upadki, sukcesy oraz porażki.

„Najlepsze kasztany rosną na Placu Pigalle 😉 Tak rzeczywiście potwierdzam, bo jakiś czas później wyjechałem w poszukiwaniu życia do Paryża, gdzie mieszka moje rodzeństwo i tam przeżyłem bardzo burzliwe i pełne nostalgii życie na emigracji. Tam poznałem zupełnie przypadkowo gitarzystę Darka Eskanowa, znanego starszej publiczności z pierwszych koncertów m.in. z Krystyną Prońko. Spotykałem się z nim żeby pomuzykować, on mieszkał w Paryżu już bardzo długo, znał to miasto, znał jego specyfikę.

Jednocześnie czułem, że życie we Francji nie jest moim celem i zdecydowałem się wrócić do Polski, gdzie rozpocząłem edukację w Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w klasie Pani Profesor Renaty Danel. To była bardzo dobra decyzja, ponieważ, zarówno studiom jak i samej Pani Profesor zawdzięczam to, że uprawiam dziś zawód muzyka.

W moim życiu to przede wszystkim ludzie, których spotykałem na swojej drodze byli i są dla mnie najważniejsi i inspirują mnie do tego żeby podążać ścieżką muzyczną. Takim też człowiekiem jest Prof. Renata Danel, której zawdzięczam bardzo wiele. Studiując w Katowicach mieszkałem wtedy w Krakowie, gdzie pracowałem i grałem. To tam miałem okazję współtworzyć zespół GARDEN PARTY, którego założycielką była Dominika Kurdziel. Graliśmy głównie w krakowskich klubach muzycznych, w repertuarze mieliśmy zarówno utwory autorskie Dominiki ale również sporo coverów. Z zespołem GARDEN PARTY pojechaliśmy zagrać koncert do Moskwy dla Polskiej Ambasady. Był to fantastyczny wyjazd, miałem okazję pozwiedzać rosyjską metropolię i pooddychać trochę moskiewskim powietrzem. To był niezwykle inspirując wyjazd a wrażenia pozostają do dziś.

Z Dominiką Kurdziel przyszło mi się spotkać jeszcze raz, kiedy to zadzwonił do mnie Łukasz Kowalski, kierownik muzyczny Andrzeja Piasecznego z propozycją zasilenia przeze mnie zespołu „PIASKA” w charakterze chórzysty. Tym razem już zupełnie w innej roli rozpocząłem nowy etap swojego życia grając przez trzy lata w tym zespole. To tam nabrałem większego doświadczenia na scenie, poznałem trudy długiej trasy koncertowej, a także miałem okazję śpiewać na dużych koncertach plenerowych oraz największych festiwalach muzycznych w naszym kraju m.in w Opolu i Sopocie.

Postanowiłem odejść z zespołu Andrzeja Piasecznego, ponieważ uznałem, że to już czas abym zajął się swoją twórczością.

W międzyczasie w 2007 r. nagrałem anglojęzyczną płytę z zespołem BE FREE, którego współzałożycielem był Paweł Pasieka. To wydawnictwo realizowane było, przez Firmę Rossmann, która uruchomiła wtedy akcję promocyjną pt: „Pierwsza płyta”. Nagraliśmy całkiem fajny materiał i z zespołem BE FREE zagraliśmy tu i tam sporo koncertów.

Kolejnym etapem i zarazem wyzwaniem był mój udział w Super Debiutach z Marylą Rodowicz w debiutach na festiwalu w Opolu. Wystąpiłem na Festiwalu w Opolu wykonując utwór „Łatwopalni” do tekstu Jacka Cygana a towarzyszył mi zespół Maryli Rodowicz. Mam z tym wydarzeniem bardzo dobre wspomnienia.

W 2013 r. przyszedł czas na realizację mojego kolejnego przedsięwzięcia – mojej solowej, polskojęzycznej płyty. Podpisałem kontrakt z firmą fonograficzną MJM Music i przystąpiłem do nagrań. Mając w swoich zasobach sporo piosenek i tekstów, które sam skomponowałem i napisałem chciałem aby ujrzały one światło dzienne i pragnąłem konfrontacji mojej twórczości z publicznością. Los sprawił, że producentem tego wydawnictwa był Wiesław Pieregorólka, który pomógł mi nagrać i z interpretować piosenki. To fantastyczny człowiek, oraz bardzo dobry muzyk i aranżer i to przede wszystkim jemu zawdzięczam, że sfinalizowałem naszą wspólną pracą nad albumem płytą : Taki jestem” . Tak jak już wcześniej wspomniałem to ludzie, których spotykałem na swojej drodze byli dla mnie inspiracją i wsparciem. Tak też było w przypadku Wiesława Pieregorólki.

Odpowiadając na Twoje pytanie dotyczące mojej kariery muzycznej warto też wspomnieć, że brałem i biorę udział w wielu projektach komercyjnych z racji głosu jako mojego narzędzia pracy. Tu można wymienić m.in. udział w programach „Szymon Majewski Show”, „Hity Dekady” kabaretonie „Kraj się śmieje” oraz śpiewając na ścieżce dźwiękowej do filmu „Kochaj i tańcz” piosenkę „Cross for love”. Do tej pory współpracuję ze studiem produkcyjnym Nieustraszeni Łowcy Dźwięków” gdzie udzielam swojego głosu w nagraniach dla polskich rozgłośni radiowych.

Od 10 lat mieszkam na Lubelszczyźnie, gdzie również pracuję i tu udało mi się zrealizować kilka fajnych pomysłów. Zająłem się organizacja koncertów m.in. wymyśliłem i zrealizowałem dwie edycje koncertu charytatywnego „Kolęda dla każdego”. Ideą tego przedsięwzięcia byłą chęć niesienia pomocy ludziom potrzebującym. Pierwsza edycja była zorganizowana w mniejszym , bardziej kameralnym wymiarze, natomiast druga była już nie lada wyzwaniem. Zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku koncerty były w okresie Święta Trzech Króli z tym jednak wyjątkiem, że druga edycja „Kolędy dla Każdego” poprzedzona była nagraniem płyty z kolędami i pastorałkami z udziałem Artystów, którzy zaśpiewali te nagrane wcześniej utwory już podczas samego koncertu, który miał miejsce w Radio Lublin.

Już w roli producenta i wydawcy nabrałem dzięki temu przedsięwzięciu kolejnego doświadczenia w branży muzycznej. To wydawnictwo nie jest komercyjne i nie można tej płyty kupić.

Dwa lata temu miałem również okazję uczestniczyć przy realizacji programu muzycznego, emitowanego i realizowanego przez TVP LUBLIN pt: „Przestrzeń dźwiękowa”. Formuła tego programu była taka, że staraliśmy się promować Artystów, zespoły z Lubelszczyzny poprzez wywiady, pokazywanie ich teledysków. Program ukazywał się przez dwa lata w lubelskiej telewizji co czwartek. Byłem tam współautorem i współprowadzącym. To ciekawe doświadczenie kiedy przez chwilę można popatrzeć na show biznes z drugiej strony obiektywu.

Warto przy okazji mojej historii wspomnieć o wydawnictwie „Góry są bo są” z tego roku. To trzypiosenkowa Epka o tematyce sportu, pasji do gór, miłości i wierze we własne siły. Teksty do tych trzech piosenek napisał lubelski Bart Jan Kondrak a muzykę skomponowałem ja. To wydawnictwo można znaleźć w sprzedaży internetowej. Jestem jego producentem oraz wydawcą. Od 10 lat jestem w bardzo udanym i pełnym miłości związku i to także Ania oraz jej pasja jaką są góry spowodowała, że nagrałem te piosenki.

W Lublinie pracuję obecnie w Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej jako nauczyciel śpiewu i muszę powiedzieć, że to bardzo inspirująca praca. Młodzi ludzie, z którymi prowadzę zajęcia oraz ich sukcesy i rozwój to największa satysfakcja w tym zawodzie.

A teraz przyszedł czas na DE MONO 🙂

02.17.08.2017 Tomasz Korpanty(De Mono) i Ja 2

Tomasz Korpanty wokalista De Mono fot.AK

Arkadiusz Kałucki: Kiedy i w jakich okolicznościach zapadła decyzja, że stajesz się ważnym ogniwem grupy De Mono?

Tomasz Korpanty: Któregoś dnia, na początku tego roku zatelefonował do mnie menadżer DE MONO Jarek Paprocki z propozycją spotkania w Warszawie z Markiem Kościkiewiczem. Byłem wtedy na wakacjach na Jamajce, trochę w innych szerokościach geograficznych i z początku myślałem, że upał oraz muzyka Boba Marleja mocno uderzyła mi do głowy ale nie, nie przesłyszałem się, chodziło o tego Marka Kościkiewicza 🙂
Po powrocie z wakacji pojechałem do Warszawy na to spotkanie, pełen ciekawości i ze świadomością, że nie będzie to tylko kurtuazyjne spotkanie ale że będzie chodziło o coś więcej…

Zaproszono mnie ponieważ zespół DE MONO miał w swoich planach nagranie nowej płyty oraz szukał wokalisty do zespołu. Marek puścił mi swoje nowe piosenki w wersjach demo, dużo tez rozmawialiśmy o muzyce, historii DE MONO, o naszych wspólnych inspiracjach ale też trochę pośpiewaliśmy.

I tak się zaczęło. Wspólnie podjęliśmy decyzję, że zasilę szeregi tej jednej z najbardziej popularnej i kultowej grupy.

Arkadiusz Kałucki: Na przebojach De Mono już kilka pokoleń się wychowało. Dołączając do zespołu jako wokalista traktujesz to jako spełnienie marzeń czy może jako niesamowite wyzwanie zawodowe, które pozwoli Tobie wejść na jeszcze wyższy poziom artystyczny?

Tomasz Korpanty: Pamiętam, że jako nastolatek słuchałem dużo polskiej muzyki, były to lata 90 – te, czas kiedy polska muzyka była bardziej prawdziwa, przekonywująca i kompozytorzy przykładali więcej uwagi na jakość piosenek, tekst i melodię. Oczywiście teraz też jest sporo muzyki dobrej ale nie wszystko jestem w stanie zaakceptować.

Moją uwagę w owym czasie przykuło uwagę kilka piosenek DE MONO m.in.: „Statki na niebie” i „Znów jesteś ze mną”. Przede wszystkim tekst, melodia i oraz brzmienie samej muzyki jakby wyjęte z kultury anglosaskiej. Oczywiście nie miałem wtedy żadnych przeczuć, że kiedyś przyjdzie mi się kiedyś zmierzyć z tym repertuarem na scenie.

W DE MONO śpiewam od marca tego roku i muszę powiedzieć, że moje życie artystyczne i muzyczne wskoczyło na bardzo wysokie obroty. Po pierwsze jest duże wyzwanie, że będę śpiewał stare i doskonale znane publiczności przeboje zespołu na koncertach. Po drugie praca nad nową płytą z piosenkami i tekstami Marka Kościkiewicza to dla mnie ogromny skok w stronę esencji muzyki. Po trzecie jest to moje spełnienie marzeń.

Ja lubię wyzwania i mam nadzieję, że i tym razem będzie to dla mnie coś wyjątkowego.

03.Demono_04381maly

De Mono fot. Maciej Cioch

Arkadiusz Kałucki: Kiedy kilkanaście tygodni temu rozmawiałem w audycji z Markiem Kościkiewiczem o 30-leciu zespołu, to był niezwykle radosny, uśmiechnięty i bardzo nakręcony pracą w studiu nad nowym materiałem muzycznym. A jak Ty wspominasz sesję w studiu? Bardziej towarzyszyła Tobie trema – w końcu to De Mono, czy pełne skupienie i wyciszenie?

Tomasz Korpanty: Nad piosenkami pracowaliśmy od kwietnia, głównie nagrywaliśmy partie wokalne u Marka w domu. To bardzo fajna metoda pracy, ponieważ można wytworzyć podczas nagrań inną atmosferę niż w studio. Co ciekawe, garderoba, którą Marek zaadoptował do nagrań doskonale się do tego nadaje chociażby w sensie akustyki. W międzyczasie miałem okazje poznać wszystkich członków DE MONO: Wojtka Wójcickiego, Dariusza Krupicza, Łukasza Przesmyckiego, Roberta Chojnackiego ponieważ równolegle z pracą nad nowym albumem, graliśmy próby i koncerty z DE MONO. To bardzo zgrany zespół, który zna się od lat, wspólnie zagrali setki koncertów, przeżyli ze sobą wiele chwil i to bardzo duża satysfakcja móc z nimi pracować i tworzyć.
Piosenki, które znajdą się na płycie to w większości kompozycje Marka Kościkiewicza. Jedna piosenka będzie Wojciecha Wójcickiego, który z resztą bardzo mi pomógł podczas nagrań. Chłopaki postawili mi bardzo wysoką poprzeczkę i jeśli mówią, że jest „OK” to znaczy że chyba podołałem wyzwaniu. Okazało się również, że mamy wspólne inspiracje muzyczne, słuchaliśmy i słuchamy tej samej muzyki lub podobnej. Wydaje mi się, że płyta „Enter” bo tak się będzie nazywać to taki hołd muzyce świata lat 80, 90. Oczywiście Marek poszedł z duchem czasu i będzie ona nowoczesna, dobarwiona elektroniką i samplami ale same teksty, melodie nawiązują do tych lat a także do charakterystycznego brzmienia i muzyki DE MONO.

Arkadiusz Kałucki: Jakie trzy przeboje z repertuaru De Mono są Tobie najbliższe? I jakbyś krótko uzasadnił swój wybór?

Tomasz Korpanty: Jak już wspomniałem DE MONO pamiętam poprzez „Statki na niebie: oraz „Znów jesteś ze mną” ale grając piosenki na koncertach i biorąc pod uwagę to, że praktycznie każda z nich jest doskonale znana przez publiczność lubię śpiewać je wszystkie. Staram się też zachować nie odbiegać od oryginalnej interpretacji tych przebojów ale dokładam od siebie swoją własną interpretację słów.

Jednocześnie do naszej propozycji koncertowej dołożyliśmy dwie nowe piosenki z płyty, która ukaże się 13 października : „Ty jesteś jutrem” i „Kiedy pada deszcz” i nie będzie to tajemnicą jeśli powiem, że chyba te piosenki są dla mnie najważniejsze ponieważ jestem przy ich tworzeniu.

04.Demono_0159 maly

De Mono fot. Maciej Cioch

Arkadiusz Kałucki: Już jesienią ukazuje się nowa płyta zespołu De Mono. Czego możemy się spodziewać? Masz swój udział w pisaniu tekstów czy wszystkie napisał Marek Kościkiewicz?

Tomasz Korpanty: Płyta „Enter” będzie bardzo spójną opowieścią. Marek tak ułożył piosenki , żeby słuchając całej płyty słuchacz miał wrażenie, że czyta jedną książkę. Będzie kilka dynamicznych utworów z energetycznym pulsem, ale też będzie sentymentalnie. Marek napisał kilka naprawdę pięknych ballad i z wielka przyjemnością śpiewałem je podczas nagrań. Ja bardzo lubię pracować na muzyką i także tym razem przeżyłem niezwykłą podróż. Jeśli chodzi o autorstwo kompozycji to wszystkie teksty napisał Marek Kościkiewicz, dziesięć kompozycji jest jego autorstwa, jedną piosenkę skomponował Wojciech Wójcicki a pomysł na jedną przyniósł basista Łukasz Przesmycki czyli można powiedzieć, że jest współautorską. Nagrałem sporo chórkowych partii wokalnych i dużo moich pomysłów było trafionych.

Teksty traktują nie tylko o miłości, rozstaniu i życiu dwojga ludzi ale też mówią o życiu w korporacji, zawiści, zbyt wygórowanej ambicji. Jeden utwór nawiązuje do życia młodego człowieka, który dopiero wtedy postanawia spotkać się dziewczyną kiedy wyłącza mu się gra komputerowa z powodu braku prądu. To chyba piosenka na czasie 🙂
Oczywiście najtrudniej jest w piosence zinterpretować tekst ale teksty Marka są tak napisane, tak czytelne, że śpiewałem je z dużą świadomością tematu. Przy nagrywaniu wokalu pomagał mi sam Marek ale również Wojciech i to dzięki ich pomocy jestem zadowolony z mojej pracy nad płytą. W październiku będzie premiera tego wydawnictwa i nie mogę się do czekać jaki będzie efekt finalny a tym bardziej jestem ciekaw jak przyjmie tą płytę publiczność, bo to przecież dla niej tworzymy.

Arkadiusz Kałucki: Tomek, na koniec pytanie: Miałeś już chrzest w zespole czy to dopiero przed Tobą? 🙂

Tomasz Korpanty: Hehehehe…. Chrzest ? Myślę, że chrzęstem bojowym jest każdy koncert, oraz praca nad płytą. Właśnie wróciliśmy z trzech koncertów, które zagraliśmy w trzech oddalonych od siebie miejscach : Wrocławiu, Kole i Bobowej. To były trzy zupełnie inne koncerty, inna publiczność i to był prawdziwy chrzest bojowy. Ale tak zupełnie poważnie, naszym najważniejszym i najbliższym chrztem będzie występ podczas Premier w Opolu z piosenką zwiastującą płytą pt: „Ty jesteś jutrem”. Zapraszam do Opola 16 września.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za spotkanie i do zobaczenia na koncertach 🙂

Tomasz Korpanty: Dziękuję za rozmowę 🙂

Paulina Tarasińska(Soulove) – wywiad 24.08.2017

01.17.08.2017 Paulina Tarasińska i Ja

Paulina Tarasińska i Moi  fot.AK

Nie przesadzę jeżeli napiszę, że Paulina Tarasińska jest jedną z niewielu wokalistek młodego pokolenia w naszym kraju, która doskonale czuje i świetnie odnajduje się w brzmieniach i nutach związanych z „muzyką dusz” 🙂 Pomimo udziału w kilku już projektach muzycznych wydaje się, że ten najświeższy czyli Soulove stanie się dla niej samej nie tylko rozwojowy, ale stabilną przystanią. Nie ma nic gorszego dla artysty jak brak stabilizacji. Ma teraz wokół siebie ludzi o zbliżonym pomyśle na muzykę, pasje i wyznaczone cele muzyczne. Wszyscy są zakręceni na pozytywne wibracje i to słychać nie tylko w ich wspólnym utworze „Błąd”, ale i podczas wywiadu radiowego. Aż chce się ich słuchać. Obszerniejszy wywiad z zespołem Soulove już 3.09 w Radiu Płońsk 93,6 FM w moim autorskim programie „Warto Posłuchać”, a kilkanaście dniu później w POP Radiu na 92,8 FM 🙂 Teraz, moja krótka rozmowa z Pauliną na temat jej drogi muzycznej i aktualnych wydarzeń w jej artystycznym życiu 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Nie mogę na początku naszej rozmowy nie zapytać o tradycje muzyczne w rodzinie. Jesteś pierwszą, która podjęła się tego zadania czy już ktoś wcześniej z rodziny Ciebie zainspirował?

Paulina Tarasińska: Moja rodzina nie ma muzycznych korzeni. Jestem pierwszą osobą, która spróbowała swoich sił w muzyce i nadal w tym kierunku pracuje.

Arkadiusz Kałucki: Masz na swoim koncie sukcesy w postaci: Głównej nagrody na Festiwalu Polskiej Piosenki im. Janusza Kondratowicza w Luboniu – organizowanego od ośmiu lat, oraz Grand Prix XIV Festiwalu Muzyki Rozrywkowej im. Bogusława Klimczuka w Kozienicach. Traktowałaś udział w tych wydarzeniach jako sprawdzian swoich możliwości wokalnych i zorientowanie się ile jeszcze Ciebie czeka pracy nad swoim warsztatem? Czy może chęć pokazania się szerszej publiczności wśród której być może byłby ktoś z „branży muzycznej” i zaproponuje kontrakt płytowy, a jak wiesz o ten jest dziś piekielnie trudno?

Paulina Tarasińska: Ani jedno ani drugie. To już nie te czasy, żeby czekać aż ktoś Cię zauważy. Trzeba działać, pracować. Na Festiwalu w Kozienicach pojawiałam się przez 5 lat. Zawsze dobrze go wspominam więc była to dla mnie niesamowita przyjemność wystąpić po raz kolejny na scenie amfiteatru. Luboń natomiast zaciekawił mnie formą. Wszystko było w zamyśle baaaardzo koncertowym. Całodniowe próby z zespołem, oprawa, światła. Wszystko bardzo telewizyjne, dopracowane w każdym szczególe. Udział w tym festiwalu traktowałam bardziej jako udział w przepięknym koncercie z piosenkami Janusza Kondratowicza w nowych, ciekawych aranżacjach, niż jak konkurs.

Arkadiusz Kałucki: Czego się nauczyłaś biorąc udział w programach telewizyjnych typu talent-show: „Bitwa na głosy” czy „Szansa na sukces”?

Paulina Tarasińska: W „Szansie na Sukces” byłam, kiedy miałam chyba 15 lat. Samo to, że zaproszono mnie do udziału w nagraniu odcinka było dla mnie ogromnie miłe. Kiedy dowiedziałam się, że wygrałam, dało mi to motywację do dalszej pracy. Później zaczęła się moja przygoda w „Bitwie na Głosy”. W dniu moich 16 urodzin graliśmy pierwszy odcinek na żywo. Początkowo był to ogromny stres, ale później zrozumieliśmy, że jesteśmy na scenie razem, jako fajna ekipa, i stres zastąpiła dobra zabawa.

02.Paulina Tarasińska -Mykhailo Kapustian

Paulina Tarasińska fot.Mykhailo Kapustian

Arkadiusz Kałucki: Zespoły Puder, Crew Love Soulu a teraz Soulove widnieją w Twojej muzycznej biografii. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że we wszystkich z nich występujesz razem z Małgorzatą Nakonieczną – którą naturalnie pozdrawiamy(śmiech) 🙂 Jak i gdzie się poznałyście i czym Ciebie inspiruje od początku waszej znajomości?

Paulina Tarasińska: Poznałyśmy się właśnie w „Bitwie na Głosy”, gdzie obie byłyśmy w drużynie Andrzeja Piasecznego. Obecnie śpiewamy w zespole „Soulove” i myślę, że wzajemnie się nakręcamy, nie tylko z Gosią ale też z całym zespołem. Dajemy sobie energię do działań, rozumiemy się muzycznie ale dogadujemy się też prywatnie. Jesteśmy przede wszystkim fajną ekipą, która się lubi, a przy okazji robi razem muzykę.

Arkadiusz Kałucki: W jakich „okolicznościach przyrody” powstał zespół Soulove? I proszę przedstaw pełny skład i kto za co jest odpowiedzialny 🙂

Paulina Tarasińska: Zaczęliśmy jako „Królowe Soulu”. Wtedy jeszcze zamysł był zdecydowanie inny. Graliśmy covery najbardziej znanych damskich przebojów r’n’b w całkiem przewróconych aranżacjach. Później zmieniliśmy nazwę na „Crew love Soulu”, ale zamysł pozostał ten sam. W końcu uznaliśmy, że dobrze się czujemy w takim klimacie i że brakuje nam takiej muzyki po polsku. Zmieniliśmy nazwę na „Soulove” i piszemy własny materiał. W skład zespołu wchodzą: Tomek Dudek, który jest również pomysłodawcą całego projektu, Paweł Szafraniec na bębnach, Tomek Murawski na basie i ja z Gosią Nakonieczną jako wokale.

03.Paulina Tarasińska - Ada Masłowska_Studio 66

Paulina Tarasińska fot. Ada Masłowska-Studio 66

Arkadiusz Kałucki: Mocno w waszym debiutanckim nagraniu „Błąd” nawiązujecie muzycznie i brzmieniowo do lat 90-tych XX wieku. Przypominają mi się czasy Brandy & Monica, Babyface chociażby, kiedy rządzili niepodzielnie na listach przebojów w Stanach Zjednoczonych. A jakie są wasze inspiracje muzyczne, którymi się kierujecie w zespole?

Paulina Tarasińska: Jest ich bardzo wiele. Nie tylko w klimacie r’n’b i soul. Czerpiemy z bardzo różnorodnych źródeł, starszej daty ale też z obecnych czasów.

Arkadiusz Kałucki: Czy każde następne nagrania Soulove będą śpiewane po polsku? To będzie wasz znak rozpoznawczy?

Paulina Tarasińska: Nie wykluczamy, że w przyszłości pojawi się jakaś piosenka po angielsku, ale zdecydowanie czujemy, że piosenki w naszym ojczystym języku to dobry kierunek.

Arkadiusz Kałucki: Bardzo dziękuję za przemiłe spotkanie i rozmowę 🙂

Paulina Tarasińska: Dziękuję również! 🙂

Matush – wywiad 10.08.2017

01.Matush i Ja 1

Matush i Ja fot.AK

Matush, DJ, remikser, producent. Mistrz Polski w miksowaniu z 1996 r. To tak w telegraficznym skrócie. Jest klasycznym przedstawicielem polskiej sceny house music. Ma już na tyle wyrobioną markę i jest gwarantem solidności, że kolejny raz wystąpił na Sunrise Festival. Kilkanaście dni temu spotkaliśmy się i porozmawialiśmy nie tylko na temat jego kariery DJ’a, ale także kim był kiedyś a kim jest dziś DJ. Jak jest jego rola w XXI wieku i czym różni się od tej z chociażby z lat 80’tych XX w. Szerzej i więcej będziecie mogli posłuchać w moim programie „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM już 27 Sierpnia 2017 g.20:00. Natomiast tu na blogu jest taka skrócona wersja nasze rozmowy 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Muszę na wstępie zapytać o Twoje początki. Kto był Twoim mentorem jeżeli chodzi o miksowanie? Kogo podpatrywałeś? Jaki sprzęt ówcześnie miałeś do dyspozycji?

Matush: Życie pisze różne scenariusze i czasem po prostu do czegoś chcesz dojść sam bo nie masz wyboru. Moje początki to raczej okres kiedy DJ nie musiał w ogóle miksować a raczej kojarzył się z konferansjerem. Jakoś wewnętrznie nie pasowała mi taka formuła pracy za konsoletą. Docierały do mnie z nielicznych audycji radiowych hiszpańskie MAX MIX-y, słyszałem w latach 80ych mega mixy które robił Ben Liebrand. To pokazało mi ze można fajnie bawić się płytami i coś tworzyć przy ich użyciu. Pod koniec lata 80-ych miałem magnetofon kasetowy, magnetofon szpulowy i dwa gramofony ( chyba marki Grundig). Wszystko połączone bez mixera poskręcanymi kabelkami. I tak siedziałem w pokoju i wymyślałem sobie jak tu miksować. Regulowałem prędkość w magnetofonie kasetowym tak intensywnie ze ostatecznie silnik odmówił posłuszeństwa. Tutaj najlepiej zdawał egzamin gramofon. Napęd paskowy ale jednak łatwiej było nim sterować. Pojawiło się w Polsce MTV, pojawiły się teledyski. Pokazywano czasem DJ’ów i zauważyłem powtarzający się jeden model gramofonu. Srebrny Technics 1200 MK2 to był mój cel. Kiedy na początku lat 90-ych udało zdobyć mi się dzięki DMC Poland zauroczyłem się od pierwszego dnia. Od wtedy miksowanie to była czysta przyjemność.

Arkadiusz Kałucki: Nie sposób nie wspomnieć o zdobywaniu nagrań. Przypomnę młodym czytelnikom, internautom, że nie było internetu, płyt cd etc. Gdzie i w jaki sposób powiększałeś swoją płytotekę?

Matush: Pierwsze płyty kupowałem jeszcze w Polsce w księgarniach. Były to jednak zakupy czysto kolekcjonerskie. Płyty CD czy VINYL były zawsze tylko dostęp był do nich bardzo utrudniony. W latach 90-tych otworzyły się granice i zacząłem odwiedzać Londyn, Berlin oraz Amsterdam. Przywoziłem coraz więcej płyt które przez kolejne 15 lat stanowiły podstawę dobrej imprezy a na DJ’a i jego muzykę publiczność po prostu czekała bo nie miała innej formy jej posłuchania. Dzisiaj w czasach globalizacji czar przebierania płyt w sklepie prysł a przed impreza przygotowuje się raczej playlistę zakupionych oraz własnych produkcji.

Arkadiusz Kałucki: W 1996 r. wziąłeś udział w Mistrzostwach Polski w miksowaniu, które wygrałeś. Takich chwil się nie zapomina. Możesz opowiedzieć jak do tego doszło i jak później było w Rimini, które ówcześnie było ważnym punktem na mapie klubowego brzmienia oprócz słynnej Ibizy.

Matush: Trzeba przypomnieć na czym polegał taki występ. Było to kilkominutowy pokaz z użyciem wielu płyt winylowych. Bardzo często dwóch takich samych. Znaleziony taki sam fragment dawał możliwość loopowania i modyfikowanie danego fragmentu. Płyty zmieniało się bardzo szybko i wykorzystywało konkretne fragmenty które w sumie tworzyły całość ( DMC Rimini 1996 https://www.youtube.com/watch?v=p18C30sf_xY ) . Do tego wszystkiego oczywiście dochodziły elementy show tzn przełączanie np stojąc na konsolecie lub obracając się. Pamiętam ze w Stodole podczas finału była pełna sala ludzi z branży muzycznej która żywiołowo reagowała na to co robiłem. Niosło mnie to muszę przyznać.

02.Matush_2016_seat

Matush fot.materiały promocyjne

Arkadiusz Kałucki: Przełom wieków spowodował, że przyspieszyło nasze życie, a przynajmniej tak się przyjęło w opinii wielu milionów ludzi. Zmieniła się też rola DJ’a. Już przestał tylko grać w klubach, ale zaczął korzystać z dobrodziejstwa nowych technologi. Dbać o swój wizerunek nie tylko za konsoletą, ale i poza. Doszedł internet. Jak Ty to dzisiaj widzisz i oceniasz z perspektywy czasu?

Matush: Rola DJ’a tak naprawdę nie zmieniła się. Dalej pokazuje , bawi, tworzy, budzi emocje. Pojawiło się po prostu więcej możliwości, nowe narzędzia promocji. Według mnie nie chodzi o ocenianie rzeczywistości a akceptowanie, dostrajanie się do nowych realiów . DJ zawsze musiał być oprócz artysty także dobrym psychologiem i obserwować rzeczywistość aby umiejętnie poruszać tłumy. Najważniejsze w zgodzie samym ze sobą. Artysta musi być przecież autentyczny. Publiczność zawsze to dobrze weryfikowała i to jest na pewno wspólny mianownik każdego muzycznego okresu.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy wiesz, że jedziesz grać do klubu „XYZ” to bierzesz pierwszy z brzegu kufer z płytami i wiesz, że będzie wszystko ok? Czy każdy występ poprzedzasz kilkugodzinnymi przesłuchaniami i doborem innych płyt?

Matush: Zawsze wiesz, ze będzie ok. Pozytywne myślenie to podstawa 😉 Kiedy planowałem mój set w 1998 na oficjalną składankę Low Pressing Traxx ( https://soundcloud.com/djmatush/low-pressing-traxx ) dostałem zestaw płyt winylowych w wytwórni i musiałem je umiejętnie zmiksować. Chciałem aby mix miał początek, rozwinięcie i zakończenie. Taki set jest jest nagrywany w domu i jest szansa na ewentualną powtórkę. Na żywo jest inaczej. Wiem co chce zagrać przed imprezą ale podczas jest to już jednak głównie improwizacja z wykorzystaniem wcześniej wybranych nagrań (przykładowy set urodzinowy Piekarnia, Warszawa 2008 https://soundcloud.com/djmatush/matush-live-set-magiczna-noc ). Przed każdym setem lubię zatrzymać się na moment, wziąć głęboki oddech i przemyśleć co chce przekazać ludziom. Technicznie kiedyś to było przełożenie odpowiednich płyt do konkretnego case’a. Dzisiaj to jest zebranie odpowiedniej playlista Każdy rodzaj imprezy to osobna charakterystyka tego co nas będzie czekało i musimy mieć swobodę dobierania muzyki aby na imprezie nie szukać a już tylko wykorzystywać poszczególne nagrania.

03.Matush Beatport Photo

Matush fot.materiały promocyjne

Arkadiusz Kałucki: Jesteś DJ’em, producentem, robisz remixy, komponujesz, od 2011 prowadzisz swój label Groove Tom Records. Proszę opowiedz o tym pomyśle na wydawnictwo, kiedy się zrodził pomysł i czy jesteś nastawiony na polski rynek muzyczny czy otwierasz się na zachodnie propozycje?

Matush: Dzisiaj wszystko co Tworzysz i wydajesz jest globalne. Moje nagrania trafiają jednego dnia na wszystkie najważniejsze muzyczne platformy na całym świecie, czasem docierają do top 10 list najczęściej kupowanych produkcji. Pomysł własnego labela to kolejny etap, następne wyzwanie. Wydaje w różach wytwórniach równolegle ale własny daje mi dodatkowe możliwości. Artyści którzy u mnie wydają wzajemnie remiksują się, wymieniają doświadczeniami. Groove Tom Records ( https://www.beatport.com/label/groove-tom-records/39743 ) to także studio masteringowe a juz niebawem impresariat artystyczny.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję, że poświęciłeś swój cenny czas na nasze spotkanie i owocną rozmowę nie tylko tutaj na blog Warto Posłuchać, ale i do audycji radiowej 🙂

Matush: Dziękuje za zaproszenie do rozmowy, zapraszam po więcej informacji na moją stroną http://www.djmatush.com . Muzyka i praca DJa to moja wielka pasja. Szczególnie pozdrawiam wszystkich którzy maja pasje. Realizujmy je bo efekty są piękne i warto dla nich żyć.

Michał Szczerbiec – wywiad 2.08.2017

Michał Szczerbiec i Ja 3

Michał Szczerbiec i Ja  fot.AK

Młody, perspektywiczny i pełen chęci do działania nie tylko na niwie aktorskiej, ale i muzycznej. Michał Szczerbiec daleki jest o bycia aktorem śpiewającym poezję, chociaż wszystko przed nim i kto wie jak będzie za „x” lat. Jedno jest pewne, że na dziś dzień poświęcił swoje muzyczne talenty w śpiewaniu i graniu w brzmieniach blues-rockowych. Album „Stany skupienia” to był niedawno temat mojego spotkania z Michałem, którego wersja audio w programie „Warto Posłuchać” będzie miała emisję we wrześniu, natomiast teraz na blogu taka jego krótka zajawka 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Kto Ciebie zainspirował do brzmień blues-rockowych XX wieku? Pamiętasz okoliczności? Jaki to był moment w Twoim życiu? I może jacy artyści Tobie imponują?

Michał Szczerbiec: Od najmłodszych lat w moim rodzinnym domu mój tata karmił mnie, a także mojego starszego brata, brzmieniami zespołów The Shadows, Dire Straits, Jean Michel Jarr’em czy Mike’iem Oldfield’em. Tata także jest muzykiem i w naszym domu zawsze były instrumenty. Głównie gitary: elektryczne, akustyczne, basowe, instrumenty klawiszowe. Dorastając chłonąłem to wszystko jak gąbka wychwytując te dźwięki, które poruszały struny mojej wrażliwości. Zawsze czułem, że chcę grać i tworzyć. Czułem, że nadejdzie ten moment gdy będę robić o na tyle świadomie by wiedzieć czego szukam w brzmieniu i klimacie swoich piosenek.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy słyszę, że aktor czy aktorzy „XYZ” zaczynają śpiewać, zaczynam myśleć trochę może stereotypowo – konkurs piosenki aktorskiej we Wrocławiu. To wg mnie jest taki sprawdzian dla aktorów przed szeroką publicznością wrażliwą na nuty uzupełniające słowa. Niekiedy bardzo ważne myśli, przesłania. Myślałeś kiedykolwiek by pojechać na konkurs do Wrocławia przed nagraniem płyty czy w ogóle nie było takiego tematu?

Michał Szczerbiec: Wiem w jakiej stylistyce czuję się najlepiej. Wiem co chcę zagrać i jaki ma to mieć kształt finalnie. Piosenka aktorska – choć bardzo ją szanuję – nie jest typem mojego muzycznego charakteru. Odnajduję się w innej formie gdzie gitara raczej wiedzie raczej prym i wokół niej są budowane utwory. Lubię melodyjność w piosenkach oraz motywy przewodnie wokół których krąży piosenka. Konkurs piosenki aktorskiej zostawiam osobom, które się w tym temacie odnajdują. Ja się odnalazłem na swojej drodze.

Michal Szczerbiec 2 fot_Paulina Jędrzejczyk

Michał Szczerbiec fot. Paulina Jędrzejczyk

Arkadiusz Kałucki: Nagranie płyty było jak mniemam jednym z Twoich ważnych i realnych marzeń. A co przyniosła rzeczywistość po jej nagraniu?

Michał Szczerbiec: Nagrywałem płyty już wcześniej – raczej muzykę instrumentalną. To były ciągłe poszukiwania tego co finalnie można znaleźć na „Stanach Skupienia”. Rzeczywistość jest taka, że trzeba nadal robić swoje. Grać, nagrywać, tworzyć. Obecnie pracuję nad promocją płyty oraz organizacją koncertów jesienią tego roku. Zacząłem także już nagrywać nowy materiał bo piosenki same się piszą, nie mam na to wpływu…

Arkadiusz Kałucki: Nasze życie jest jak rzeka? Pytam w kontekście Twoich opowiedzianych historii na płycie.

Michał Szczerbiec: Zdecydowanie. Czasem spokojna a czasem nurt porywa nas daleko gdzieś, gdzie nie spodziewaliśmy się znaleźć. Czasem lepiej nie opierać się falom i nurtowi wtedy można wyjść cało z takiej opresji. Gdy jła rzeki okazuje się zbyt silna warto poprosić o pomoc. Krzyczeć, machać rękami a ktoś na pewno się znajdzie by wyciągnąć pomocną dłoń. Jak już dojdziemy do siebie wracamy do tej rzeki ale już innej. Bogatsi o doświadczenia i przeżyte emocje.

Arkadiusz Kałucki: W jednej z piosenek wspominasz o tym by być na „TAK” ze swoim lustrem. Często zdarzało Ci się ranić innych? Robić im krzywdę?

Michał Szczerbiec: Nie jestem krystaliczny i każdy popełnia błędy. Lecz kiedy zdajemy sobie z nich sprawę i chcemy naprawić wyrządzoną krzywdę to już połowa sukcesu. Codzienność dzieje się bez przerwy. Nie ma kopii zapasowej. Nie możemy wrócić do stanu „z przed”. Jest tylko „tu” i „teraz”. Warto się zaprzyjaźnić samemu ze sobą bo sumarycznie – zawsze mamy tylko siebie gdy pozostają cztery ściany.

Michal Szczerbiec 3 fot_Paulina Jędrzejczyk

Michał Szczerbiec fot. Paulina Jędrzejczyk

Arkadiusz Kałucki: Jaki masz pogląd na temat przeszłości? Bo ogólnie miałem wrażenie słuchając płyty, że trzeba żyć tu i teraz oraz patrzeć optymistycznie w przyszłość. Wstydzisz się tego co było? Żałujesz czegoś i nie chcesz o tym myśleć i opowiadać?

Michał Szczerbiec: Nadmieniłem to w akapicie wyżej ale rozwinę myśl. Przeszłość nas ukształtowała. Jesteśmy w tym miejscu w którym jesteśmy tylko dlatego, że zaistniały wszystkie zdarzenia w przeszłości. Jeśli obecnie dobrze nam ze sobą i godzimy się z tym co jest to nie można żałować przeszłości. Zwłaszcza błędów. Przecież na nich się uczymy, one są strukturą naszej codzienności. Błędy krążą w naszych żyłach i można się nauczyć ich nie powtarzać. Czasami po kilka razy popełniamy ten sam błąd bo prawdopodobnie nie wyciągnęliśmy dostatecznie dużej nauki z poprzednich sytuacji. W piosenkach opowiadam o swojej przeszłości i się tego nie wstydzę. Jest to dla mnie bardzo terapeutyczne. Obserwuję też inne osoby z mojego otoczenia. One są dla mnie także inspiracją.

Arkadiusz Kałucki: Czy płyta „Stany skupienia” jest konsekwencją Twojego podejścia do życia nie tylko tego prywatnego, ale i artystycznego, że nie lubisz utartych dróg, szlaków tylko raczej jak kot chodzisz swoimi drogami?

Michał Szczerbiec: Wiele osób sugerowała mi co mam robić a czego nie robić. Samoświadomość pozwoliła mi odrzucić wszystko czego robić nie chcę. Skupiam się tylko na tym co dla mnie najważniejsze i robię to zupełnie świadomie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jest wiele dróg, którymi można podążać. Wybrałem jedną z nich wcześniej schodząc z poprzedniej. A wędrować trzeba podziwiając nowe widoki.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów zawodowych 🙂

Michał Szczerbiec: Dziękuję bardzo i życzę wszystkiego dobrego.

Emilia Padoł – wywiad 28.07.2017

01.Emilia Padoł i Ja 4

Emilia Padoł i Ja fot.AK

Emilia Padoł jest jedną z poczytnych dziennikarek zajmujących się kulturą. Mieszkająca w Krakowie absolwentka Wydziału Polonistyki UJ ma na swoim koncie kilka ważnych książek opowiadających o czasie PRL’u nie tylko w kulturze. To rozmowy i wspomnienia z ludźmi, którzy są autorytetami w poszczególnych jej obszarach: „Damy PRL-u”, „Dżentelmeni PRL-u”, „Piosenkarki PRL-u”. Kilkanaście dni temu Emilia przyjechała do Warszawy by promować swoją kolejna odsłonę związaną z tamtym okresem, a mianowicie „Piosenkarze”. Dodam, że wszystkie książki ukazały się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka. Nie mogłem sobie odmówić rozmowy z Emilią na temat muzycznych wspomnień PRL’u i wywiad w POP Radiu już miał swoją emisję 🙂 Oprócz tego, teraz możecie przeczytać na moim blogu Warto Posłuchać moją krótką rozmowę z Emilią na temat jej książki „Piosenkarze”.

 

Arkadiusz Kałucki: Czy pomysł napisania książki „Piosenkarze” (wyd. Prószyński i S-ka) narodził się po ukazaniu się Twojej książki „Piosenkarki PRL”? To był naturalny proces?

Emilia Padoł: Nie, pojawił się znacznie wcześniej (śmiech). Tak naprawdę te dwie „muzyczne” książki zostały wymyślone w tym samym czasie. Pisząc pierwszą, o piosenkarkach, zakładałam, że powstanie też kolejna. Z jednej strony obie książki się ze sobą łączą, z drugiej – są zupełnie różne, chociażby dlatego, że „Piosenkarki PRL-u” są silniej osadzone w okresie powojennym, w latach 50. i 60. Z kolei w „Piosenkarzach” muzyczna historia zaczyna się w latach 60. i prowadzi nas przez lata 70. aż po 80.

Arkadiusz Kałucki: Jakie było kryterium doboru bohaterów Twojej książki?

Emilia Padoł: Do bohaterów doprowadziły mnie piosenki – zresztą tak samo było z „Piosenkarkami PRL-u”. Szukałam przebojów, które pamiętają wszyscy, piosenek, które wciąż żyją. Byłam ciekawa, kim są ci, którzy wyśpiewywali je tysiące razy, dając im swój talent, emocje i inteligencję. Znalazłam kilkanaście osób, które wydały mi się szczególnie ciekawe, ale nie z wszystkimi mogłam porozmawiać, niektórych po prostu już nie było. Trudno jest mi się tłumaczyć z wyboru akurat tych ośmiu bohaterów, bo nie jestem pewna, czy nawet po długim zastanowieniu się miałabym jedną, prostą odpowiedź na często słyszane pytanie: dlaczego oni? I na kolejne: dlaczego nie inni? To był po prostu mój wybór – chyba w dużej mierze intuicyjny. Na pierwszy rzut oka pewnie nieoczywisty, może nawet mało logiczny, bo to naprawdę są kompletnie różni artyści, ludzie. Ale z drugiej strony ich biografie łączą się w spójną, zajmującą, mam nadzieję, historię. Czasami biegnącą z rytmem ich przebojów, czasami zupełnie wyłączającą się z artystycznej rzeczywistości.

02.Emilia Padol

Arkadiusz Kałucki: Dlaczego przy książce „Piosenkarze” nie ma trzech liter „PRL”, które są obecne przy „Piosenkarki PRL”? Panowie się wstydzą tego czasu w polskiej historii? Bo, odniosłem wrażenie, że kobiety bardziej na luzie i swobodnie odniosły się do Twojego pomysłu na książkę.

Emilia Padoł: Bohaterki „Piosenkarek PRL-u” pewnie też miały zastrzeżenia, ale nie wyrażały ich tak stanowczo, jak niektórzy męscy bohaterowie – i mam na myśli nie tylko tych, którzy w książce się znaleźli, bo oni w większości jednak byli skłonni przystać na ten tytuł. Ale tak jak mówiłam na początku – te książki sporo różni, zwłaszcza czas, w którym są zanurzone. A przez to także to, ilu bohaterów/ile bohaterek każdej z nich jest wciąż aktywnych zawodowo. W przypadku mężczyzn ta proporcja jest nieporównywalnie większa.

I myślę, że to też jest powód, dla którego trudniej niektórym z nich było przystać na tytuł „Piosenkarze PRL-u”. Bo oni po prostu nie chcą być zatrzaśnięci w encyklopedii, nie chcą, by myślano o nich tylko jako twórcach sprzed kilku dekad. Rozumiem to. Zmiana tytułu wynikła właśnie z tego, że spróbowałam – na tyle, na ile to możliwe – postawić się na ich miejscu. Ale widzisz – PRL-u w tytule nie ma, a jednak jest, bo ciągle jestem o niego pytana, teraz też o nim rozmawiamy. Skreślenie trzech liter nie zamknęło tematu.

Arkadiusz Kałucki: W jednej z rozmów i historii, o której piszesz pada zdanie brzmiące : „nie każdy piosenkarz powinien być muzykiem. Nie każdy muzyk może być piosenkarzem”. A jak jest według Ciebie?

Emilia Padoł: To chyba było: „Muzyk może być piosenkarzem, a piosenkarz niekoniecznie musi być muzykiem. Aczkolwiek jest to wskazane”. To mówił Jacek Zieliński. Z kolei Andrzej Zaucha w jednym z wywiadów powiedział: „Piosenkarz powinien być również muzykiem, a może przede wszystkim”. To jest właśnie mój punkt widzenia. Bohaterowie „Piosenkarzy” nie są dla mnie tylko wykonawcami – to muzycy. Niektórzy po prostu genialni, wszechstronnie uzdolnieni, płynnie poruszający się pomiędzy gatunkami – a nawet je w jakiś sposób rewolucjonizujący.

03.sesja z arkiem 2

Emilia Padoł i Ja fot.Emilia Padoł

Arkadiusz Kałucki: Który z Twoich bohaterów jest najbardziej tajemniczy a właściwie jego historia i najwięcej czasu poświęciłaś w przygotowaniach do książki?

Emilia Padoł: Najbardziej tajemniczym na pewno okazał się Maciej Kossowski. Jego historia uderzyła mnie od początku, było w niej coś zupełnie surrealistycznego – ktoś, kto zostawił za sobą takie hity, jak „Wakacje z blondynką” czy „Dwudziestolatki”, żyje od kilku dekad w Ameryce, nie ma o nim niemal żadnych informacji w polskim Internecie (poza stroną internetową artysty), w kraju od końca lat 60. był tylko raz – i tylko na chwilę. Bardzo się ucieszyłam, kiedy odpisał na mojego maila i zgodził się porozmawiać. Poświęcony mu rozdział nie powstałby, gdyby nie jego opowieść i materiały, które mi udostępnił.

Arkadiusz Kałucki: Ostatnim z przedstawionych piosenkarzy jest niestety nieżyjący już Andrzej Zaucha. Odebrałem to jak hołd, ukłon w kierunku tego niezwykle utalentowanego artysty, którego zabójstwo do dziś wzbudza niedowierzanie.

Emilia Padoł: Może to jest hołd, ale może cała książka jest jakimś hołdem, jeżeli przez to słowo mielibyśmy rozumieć chęć upamiętnienia, przypomnienia, przywołania i pokazania tych artystów zwłaszcza tym, którzy nie mają o nich zielonego pojęcia – a uwierz mi, są tacy, nie tylko wśród młodych pokoleń.

Arkadiusz Kałucki: Na koniec trochę fantazji. Co byś chciała aby pisano za 100 lat o Tobie i Twoich książkach w Encyklopedii?

Emilia Padoł: (śmiech) Nie wiem, czy ich ambicją jest załapanie się na wpis do encyklopedii. Jestem jednak pewna, że moi bohaterowie na pewno byli, są i będą w nich obecni. Chciałabym, żeby zapamiętano ich na wiele lat.

Arkadiusz Kałucki : Dziękuję za miłe spotkanie i muzyczne wspomnienia.

Emilia Padoł: Dziękuję za rozmowę.

JoBee Project – wywiad 15.07.2017 r.

01.JoBee Project i Ja

JoBee Project i Ja fot.AK

Belgia aktualnie jest jej drugim domem. Nie przeszkadza to jej a zwłaszcza w XXI w. by rano przylecieć do Polski a wieczorem wrócić i poprowadzić autorską audycję w lokalnym radiu w Brukseli. Uczestniczka 4 edycji The Voice Of Poland to bardzo zapracowana artystka. Stoi na czele dwóch kolektywów: jeden hip-hopowy SupAfly Collective a drugi polskie artystki w Brukseli Polish Workers Productions. Ale przede wszystkim dziś promuje swoją ostatnią płytę wydaną pod koniec 2016 r. pt. „The Blossoming” oraz nowe nagranie „Here we are” zwiastujące EP’kę „pszczoły”. Kilka dni temu spotkałem się z JoBee i przy okazji nagrania wywiadu do mojego programu radiowego „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM oraz w Radiu Płońsk 93,6 FM, Asia Pszczoła zgodziła się na krótki wywiad na mój blog i o to efekt tego spotkania 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Mieszkasz w Brukseli. Śpiewasz, komponujesz, piszesz teksty, jesteś pisarką. Masz w lokalnym radiu własną audycję radiową, a na dodatek pracujesz w Komisji Europejskiej. Ciężko jest to wszystko pogodzić? Jak wygląda Twój dzień powszedni w Belgii?

JoBee: Wszystko da się w życiu pogodzić jak jest chęć i moc do działania! Nie zawsze jest lekko, trochę trzeba oczywiście popracować nad organizacją, ale nie mogę narzekać, wybierałam wszystko co robię świadomie i kocham wszystko co robię, a śpiewanie kocham najmocniej. Dnia powszechnego i typowego nie ma nigdy. Mieszkam w cudownej kolorowej dzielnicy w Brukseli otoczona muzeum, szkoła teatralna, czy szkoła artystyczna, wokoło masę artystów, większość moich przyjaciół to artyści. Zmiany codziennie jak w kalejdoskopie, bardzo kolorowo i zrożnicowanie, przez to że robię tyle ciekawych rzeczy 🙂 Nigdy się nie nudzę – to pewne! Zawsze bardzo aktywnie, na pewno każdego dnia mam spotkania, coś zawsze napiszę, staram się dbać o formę i idę na basen lub na fitness, pije dużo wody, jem dużo warzywek. Śpiewam też codziennie, ćwiczę głos, czytam i pisze codziennie. Jest to warsztat i trzeba ćwiczyć codziennie. Uwielbiam też tańczyć, spotkać się z przyjaciółmi, lub kreatywnie namalować jakiś obraz jak potrzebuję relaxu to maluję obrazy.

Arkadiusz Kałucki: Opisz proszę swoją aktualną drogę muzyczną? Często musiałaś się na niej zatrzymywać czy odejść gdzieś na bok aby z powrotem wrócić na właściwe tory?

JoBee: Aktualna droga jest prosta i skupiona na jednym, zajmuję się muzyką non-stop i to najważniejsze w moim życiu w tym momencie. Wcześniej bywało różnie, na przykład jak miałam wypadek i złamałam nogę, to zostałam uziemiona na pół roku na wózku inwalidzkim to trochę było trudno, ale i wtedy pisałam i nagrywałam. Do studio nagrań pojechałam o kulach! Ha ha. Nic już mnie teraz nie może zatrzymać, nogę już raz złamałam, i teraz każdy krok stawiam bardzo uważnie, nie spieszę się, powoli i z rozumem wykonuję kolejne etapy, ale zawsze w jednym celu i kierunku oby tylko śpiewać dla moich pszczółek!

Arkadiusz Kałucki: A idąc tą drogą, o której rozmawiamy jaką rolę w niej odgrywają dla Ciebie przyjaciele, bliscy znajomi? Rozczarowałaś się kiedykolwiek na nich?

JoBee: Przyjaciele i rodzina to mój zespół obronny i taka tarcza w walce z przeciwnościami losu lub utrudnieniami. Zawsze mogę liczyć na moich rodziców, szczególnie mamę, która codziennie wysłuchuje moich opowiadań z przygód pszczoły 🙂
I też radzi i rozumie. Mam niewielu najbliższych przyjaciół, takich od serca i od lat, na których zawsze mogę liczyć, oni zawsze są, i wiedza o mnie wszystko i znają mnie na wylot. Oczywiście kilku po drodze straciłam, ale to na lepsze, nie potrzebuję ludzi dla których jestem za głośna lub co mnie nie rozumieją i nie akceptują taką jaką jestem, lub nie rozumieją moich anegdot, a bardzo lubię się pośmiać i opowiadać śmieszne historie 🙂 Także niestety tak, zawiodłam się też na paru osobach, ale takie są koleje losu, a życie toczy się nadal, ja skupiam się na dobrej energii i na tych których kocham najbardziej.
Nie rozpaczam za bardzo nad rozczarowaniami, i niczego nie żałuję!

02.JoBee Project 1

JoBee fot.Maria Rutkowska

Arkadiusz Kałucki: Czy słowa wymawiane przez ludzi powinny iść w parze z czynami? Czy od razu wolisz konkretne działania?

JoBee: Czyny! Jestem raczej za czynami, nie za słowami. Nie przepadam za słodkim gadaniem i słodkich obietnicach, nie lubię, a wręcz czuje się niekomfortowo jak ktoś mi coś bardzo obiecuje, nie wiem po co, nigdy o obietnice nie proszę, nie wymagam, lubię być miło zaskoczona 🙂 Słowa oczywiście w mojej twórczości są bardzo ważne, ale do opowiadania historii, do dzielenia się z innymi ciekawymi przeżyciami, także słowo dla pisarza jest bardzo ważne, inaczej jest w życiu, kiedy to czyny i to jak druga osoba Cię traktuje liczy się najbardziej. Także tak, czyny!

Arkadiusz Kałucki: To, o czym mówimy jest obecne w tekstach na Twojej płycie
„The Blossoming”. A od strony muzycznej z kim nagrywałaś swoją drugą płytę, bo towarzystwo jest międzynarodowe.

JoBee: Oj tak! Bardzo międzynarodowe, miałam szczęście i zaszczyt pracy ze wspaniałymi producentami, Francuzi (Odilon, Supafuh), Belgowie (Necktalk), ale i tak większość to rodacy Polacy ( Lower Entrance, en2ak, Marcin Bors, Kwazar). Nagrania większości wokali wykonało się w studio Gagarin w Warszawie ze wspaniałym inżynierem i kompozytorem Kwazarem. ”Words ” był całkowicie nagrany w Orleanie, a ” Magic’ we Wrocławiu u Marcina Borsa w studio. To była cudowna przygoda muzyczna! I sporo musiałam się pszczoła nalatać po Europie:)

JoBee Project 2a

JoBee fot. Maria Rutkowska

Arkadiusz Kałucki: Na albumie znajduje spora dawka najróżniejszych odcieni muzyki elektronicznej. Jest dynamika, ale nie brakuje i zmian nastrojów. Spokojnie można odnaleźć Twoje fascynacje hip-hopem, są elementy samplowane, chropowate brudne dźwięki, house, breakbeat, ambient a i techno też odcisnęło swoje piętno. To jest wynik poszukiwań artystycznych?

JoBee: Absolutnie tak, ale warto dodać iż oprócz poszukiwań to też co mi brzmi w środku, jak i moim producentom, wybierałam tylko to co mi się bardzo bardzo podobało! A że sporo mi się podoba dlatego też może tak dużo inspiracji słychać w mojej muzyce i melodiach i moim frazowaniu podczas śpiewania.

Arkadiusz Kałucki: Aktualnie oprócz promocji płyty „The Blossoming” możemy w mediach usłyszeć nowy singiel „Here we are”, który jest spoza płyty. Otrzymujemy chillout, lounge, downtempo. Czy to oznacza zmianę stylistyki i wizerunku jak rozumiem na nowym albumie?

JoBee: Zmiany są zawsze! Nic dwa razy się nie zdarza:) Nowa piosenka to znowu odbicie moich przeżyć i czegoś co się naprawdę wydarzyło takie samo życie i prawdziwe historie. A piosenka na pewno zapowiada EP które nagrywam z moim sąsiadem z Brukseli, TMB the beatmaker, to hip hop producent, także obok chill będzie dużo soul i ciężkich dźwięków też! Już nie mogę się doczekać!

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję Asiu za spotkanie i rozmowę 🙂

JoBee: Bardzo dziękuje! Do zobaczenia na koncertach!

Aneta Strzeszewska – wywiad 3.07.2017

01.Aneta Strzeszewska w POP Radiu 10

Aneta Strzeszewska i Ja fot.AK

Kilkanaście dni temu rozmawiałem z Anetą Strzeszewską na temat jej projektu i wydanej płyty „Kołysanki Niedzisiejsze”. Jest wiele albumów mówiących i dotyczących kołysanek dla milusińskich, ale trzeba powiedzieć jasno, że takich jakie zaproponowała Aneta wg mnie jeszcze nie było. Większość zaśpiewanych na wspomnianej płycie ma ludowe korzenie, przy części z nich nie jest znany kompozytor ani autor tekstu. To jest bardzo niszowa propozycja płytowa. Natomiast, śmiało polecam ten album dla młodych rodziców a nawet dziadków, którzy mają kłopot z uśpieniem swoich małych dzieci 🙂 Poniżej moja krótka rozmowa z Anetą będąca lekkim streszczeniem wywiadu radiowego dla POP Radia 92,8 FM oraz Radia Płońsk 93,6 FM 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Jesteś muzykiem, pedagogiem, wokalistką. Czy zanim rozpoczęłaś dorosłą karierę muzyczną śpiewałaś w jakimś zespole? Masz w ogóle jakieś tradycje muzyczne w rodzinie?

Aneta Strzeszewska: Zawsze w moim życiu było dużo muzyki. Lubiłam ten świat dźwięków. Kiedy byłam małą dziewczynką mama zapisała mnie i moją siostrę do Domu Kultury na zajęcia taneczne. Tam rozwijałyśmy swoją pasje. Obok sali lustrzanej gdzie 3 razy w tygodniu ćwiczyłyśmy układy, odbywały się zajęcia wokalne. Pamiętam gdy spotykałam na nich moje kuzynki- Oktawię i Patrycje Kawęckie- dziś wspaniałe wokalistki. Gdzieś w głębi duszy czułam że ja też chciałabym śpiewać, jednak wtedy moim życiem był taniec. Rzuciłam go jednak po 6 latach treningów…myślę że to jednak nie był moja droga. Przygoda ze śpiewem rozpoczęła się w scholi gdzie często dostawałam do zaśpiewania solówki. Jednak nikt oprócz tego że ,, ładnie śpiewasz’’ nie powiedział mi ,, rozwijaj się , musisz coś z tym zrobić więcej’’. Przełom w moim życiu nastąpił kiedy miałam 16 lat i odważyłam się sama zapukać do drzwi Resursy Obywatelskiej w Radomiu. Powiedziałam ,, chyba umiem śpiewać, posłuchajcie’’. Chyba się ludziom podobało to moje śpiewanie, ponieważ często reprezentowałam miasto na różnego rodzaju wydarzeniach kulturalnych. Rozpoczęłam również współpracę z coverowym zespołem Manhattan. Po pewnym czasie przestało mi już to wystarczać- chciałam czegoś więcej. Zdałam egzaminy do Autorskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej im. Krzysztofa Komedy w Warszawie, i rozpoczęłam 5 letnią prawdziwą przygodę z muzyką. Po jej ukończeniu stojąc z dyplomem w ręku, zastanawiałam się o dalej. Fajnie jest występować na scenie z gwiazdami, być członkiem zespołu, jeździć w trasy, jednak szukałam czegoś co byłoby tylko moje. I znalazłam te kołysanki.

Arkadiusz Kałucki: Album „Kołysanki Niedzisiejsze” jest wynikiem pracy z dziećmi czy są inne powody, które spowodowały u Ciebie chęć nagrania takiej płyty?

Aneta Strzeszewska: Myślę że praca z dziećmi ma jakiś wpływ na to że moja płyta jest dedykowana dzieciom. Jednak pomysł zrodził się w mojej głowie całkiem inaczej, i nie był do końca mój. To zasługa mojej siostry Basi, a raczej jej malutkiego synka Stasia, który wcale nie chciał spać. Spotkałyśmy się pewnego wieczoru w Radomiu u babci i ta postanowiła uśpić płaczące maleństwo. Zaczęła mu śpiewać ,, Chysiały chysiały moje małe oczka, nie wyspały mu się mała była nocka’’. Nie znałam tej piosenki, i śmiałam się z tego jak babcia uporczywie śpiewa o tym    ,, chysianiu’’. Basia powiedziała jedno zdanie :,, Anetka nagraj te kołysanki’’. I wtedy mnie olśniło!! Od razu poprosiłam babcię Natalię aby zaśpiewała mi jeszcze inne kołysanki które pamięta. Niestety, nie za dużo już pamiętała. Szkoda było mi tego pomysłu więc wymyśliłam jak znaleźć stare, ludowe usypianki. Przyjaciele doradzali mi, abym szukała ich w śpiewnikach, nagraniach, lecz ja miałam takie dziwne poczucie, że sama muszę je odnaleźć.

02a.Aneta Strzeszewska fot.Anita Bardzka

Aneta Strzeszewska fot.Anita Bardzka

Arkadiusz Kałucki: Na płycie jest 12 kołysanek. Proszę powiedz jak wyglądało zbieranie całego materiału, bo są to stare ludowe usypianki.

Aneta Strzeszewska: Poszukiwania rozpoczęłam od przepytania znajomych seniorów czy czegoś nie pamiętają. Następnie postanowiłam odwiedzać Domy Spokojnej Starości i wiejskie domostwa. I tak przemierzając Polskę wzdłuż i w szerz, znalazłam kołysanki. Co prawda nie dotarłam wszędzie, lecz znalazłam sporo materiału źródłowego aby rozpocząć pracę nad płytą. Gdybym nie spotkała na swojej drodze pomocnych i dobrych ludzi, nigdy tej płyty by nie było. Od samego początku osoby poproszone o pomoc- angażowały się i wspierały mnie. Poczynając od rozmów telefonicznych z osobami zarządzającymi placówkami, a skończywszy na seniorach, czy napotkanych przypadkowo staruszkach. Każde spotkanie było dla mnie wyjątkowe, ale jednocześnie niełatwe. Przeważnie dyrekcja wskazywała mi pokoje do których mogę zapukać, wchodziłam i rozmawiałam. Ludzie starsi byli zazwyczaj bardzo pomocni, cieszyli się że ktoś ich odwiedza i że są jeszcze komuś potrzebni. Najciężej było wtedy, kiedy seniorzy myśleli że jestem ich dawno nie widzianą córką, wnuczką….wtedy bywali smutni, i niechętni do rozmowy. Ale takich spotkań było bardzo mało. Większość z nich wspominam bardzo wesoło i ciepło. Dla mnie to było osobiste, wielkie przeżycie… zobaczyć i jakby,, dotknąć starość’’. Niektóre spotkania zapadły mi w pamięć szczególnie . Jednym z nich były odwiedziny Pana Stanisława, ze wsi koło Łowicza. Towarzyszyła mi wtedy przyjaciółka Asia. Staruszek tak ucieszył się z naszej wizyty, że nie tylko zaśpiewał nam chyba wszystkie piosenki  jakie znał, ale poczęstował obiadem i pysznym kompotem. Miło również wspominam Dom Spokojnej Starości w Gdańsku. Pani Dyrektor zorganizowała spotkanie na stołówce a staruszkowie  bardzo elegancko ubrani , przynieśli swoje śpiewniki – stare pożółkłe zeszyty.  Śpiewaliśmy kilka dobrych godzin bardzo bogaty repertuar ( śmiech). Każde ze spotkań było przepełnione skrajnymi emocjami. Był śmiech, opowieści ale pojawiały się i łzy. Każda podróż wymagała ode mnie poświęcenia przynajmniej jednego- dwóch dni. Odwiedziłam kilka dużych miast , okoliczne wsie. Po pewnym czasie zorientowałam się, że szukanie kołysanek wrosło we mnie zbyt bardzo. Kiedy na ulicy widziałam staruszki podchodziłam i pytałam czy czegoś nie pamiętają. Chyba powoli popadałam w paranoję ( śmiech). Na szczęście materiał znalazłam dość szybko, ponieważ z każdej podróży przywoziłam piosenkę . Problemem było pogodzić codzienne życie, pracę, koncerty z tymi podróżami. Na szczęście się udało.

Arkadiusz Kałucki: Wśród już wspomnianych kołysanek jest jedna mająca korzenie prowadzące na Ukrainę. Jaka jest jej historia i dlaczego ją zamieściłaś na swojej płycie?

Aneta Strzeszewska: Dzieckiem mojego kolegi opiekowała się pewna niania która z pochodzenia była Ukrainką . Dostałam od niego wiadomość głosową na której ta niania śpiewa kołysankę. Spodobała mi się jej melodia, pokazałam więc ją Kacprowi Zasadzie, który współtworzył ze mną tę płytę. Pomyślałam sobie że ukraińska kołysanka wzbogaci jeszcze bardziej album. Wniesie do niego coś innego. Kacper od razu usłyszał w głowie taką trochę mroczną aranżację.

03a.Aneta Strzeszewska fot.Anita Bardzka

Aneta Strzeszewska fot.Anita Bardzka

Arkadiusz Kałucki: Ile w sumie uzbierałaś kołysanek? Bo odnoszę wrażenie, że jeszcze „coś” schowałaś na specjalną okazję 🙂

Aneta Strzeszewska: Kołysanek znalazłam około 30. Jednak nie wszystkie się nadawały do tego aby pokazać je światu. Niektóre miały bardzo smutny tekst ponieważ powstawały w czasie wojny, inne były niekompletne- tekstu było za mało, lub melodia była podobna do innych piosenek. Wybrałam te które uważałam że są najpiękniejsze. Materiał który zebrałam to dla mnie skarb, i jest go na tyle dużo że spokojnie wystarczyłoby go na kolejną płytę. Kto wie – może powstanie druga część kołysanek niedzisiejszych? Mam bardzo wiele planów związanych z tą płytą, pomysły rodzą się w mojej głowie każdego dnia. Jednak póki co koncentruje się na promocji płyty . Korzystam też z chwili że są wakacje – ten rok był dla mnie trudny i bardzo pracowity. Łapię więc oddech i ładuje akumulatory do dalszego działania.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy zebrałaś i wyselekcjonowałaś kołysanki, jak wyglądała praca w studiu i z kim tam współpracowałaś. Bo musimy powiedzieć, że nie do wszystkich kołysanek są znani kompozytorzy.

Aneta Strzeszewska: Trzeba tu wspomnieć 3 nazwiska: Zdzisław Kalinowski, Wiktor Tatarek oraz Kacper Zasada. To trzy osoby które tworzyły aranżacje- oczywiście, nie wszystkie na raz. Pierwszą osobą która ponad 2 lata temu zgodziła się zrobić aranże do moich kołysanek był Zdzisław Kalinowski. To wspaniały muzyk, pianista. Stworzył pierwszą kołysankę ,, La lu laj’’ od której tak naprawdę wszystko się zaczęło.
Kolejną piosenką którą pokazałam światu była kołysanka ,, Synku’’ zaaranżowana muzycznie przez Wiktora Tatarka. To wyjątkowa dla mnie kołysanka, bo trochę mało kołysankowa. Ale nie tylko dlatego. Zdobyłam ją przypadkiem w niespodziewanych okolicznościach. Ta samo nie spodziewałam się takiej mocnej aranżacji . Wiktor wiedział co robi i zaufałam mu w 100%. Uważam że to jest jedna z najlepszych piosenek na płycie. Nad innymi kołysankami pracowałam już z Kacprem Zasadą. Najpierw powstawały szkice aranżacji, wspólnie zastanawialiśmy się gdzie i jak zagrają dane instrumenty. Praca nad płytą była niestandardowa, gdyż troszkę gonił nas czas. Chciałam wydać płytę przed Świętami Bożego Narodzenia. Muzycy pracowali na najwyższych obrotach , jednocześnie Kacper nagrywał instrumenty a ja w innym studio wokale. Bałam się z się nie uda, ponieważ wiele przeszkód napotkałam wtedy na swojej drodze. Na szczęście Łukasz Błasiński ekspresowo wszystko zmiksował, a pan Krzysztof Karwasz z wydawnictwa stanął na przysłowiowych rzęsach i pierwsza partia płyt trafiła do odbiorców podczas koncertu promocyjnego 22.12.2016 roku.

Arkadiusz Kałucki: A na zakończenie naszego spotkania zapytam: Kiedy ukaże się Twój w pełni autorski album? I czy będzie tak jak „Kołysanki Niedzisiejsze” w smooth jazzowych i jazzowej stylistyce?

Aneta Strzeszewska: Pracuję nad swoimi piosenkami, nie do końca jeszcze wiem jakie one będą. Zbieram teksty, mam kilka pomysłów na linie melodyczne, tworzę, szukam, kompletuje. Mam również inne pomysły na projekty muzyczne o których nie mogę jeszcze nic powiedzieć, żeby nie zapeszać. Na pewno będzie to coś innego i zaskakującego słuchacza.

Arkadiusz Kałucki: Bardzo dziękuję za spotkanie, rozmowę i teraz wiem, że zasnę w nocy 🙂

Aneta Strzeszewska: Również dziękuję. Życzę dużo kołyszących dźwięków 🙂

Ewa Farna – wywiad 29.06.2017 r.

02.06.2017 Ewa Farna 1

Ewa Farna i Ja fot.AK

Już dziesięć lat minęło jak Ewa Farna jest na scenie muzycznej. To dziesięć lat śmiało można powiedzieć bardzo owocnych w albumy a przede wszystkim przeboje. Ewa doskonale odnajduje się na scenie. To jej żywioł bezsprzecznie. Wszyscy Ci, którzy oglądali tegoroczny Festiwal w Sopocie doskonale mogli się przekonać ile energii i radości przynosi jej śpiewanie na żywo. To tam pierwszy raz publicznie wykonała swój najnowszy utwór „Bumerang”, który ma szanse stać się wakacyjnym przebojem. Z Ewą Farną tuż po Festiwalu w Sopocie spotkałem się i porozmawialiśmy o jej 10-leciu oraz wspomnianym „Bumerangu” 🙂 Wywiad w programie „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM już był, a dziś krótka rozmowa na moim blog 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Jakie trzy pozytywne czynniki pozwoliły Tobie przetrwać pierwszą dekadę Twojej kariery? Bo ciężkich momentów, chwil czy nawet zwątpień na pewno nie brakowało.

Ewa Farna: Rodzina, stąpanie po ziemi i wytrwałość.

Arkadiusz Kałucki: Brałaś udział w programie „Szansa na sukces” śpiewając piosenkę „Za młodzi za starzy” do słów Jacka Cygana. Twój talent eksplodował, kariera nabrała tempa, że do dnia dzisiejszego zasiadałaś w jury już dwóch programów telewizyjnych typu talent-show:  X-Factor a ostatnio Idol. Trudno jest oceniać innych czy nie masz z tym problemu?

Ewa Farna: Nie jest to nigdy łatwe, przede wszystkim iść do takiego programu jako juror znaczy chyba najbardziej wystawiać się ocenianie… Najtrudniejsze dla mnie było zostać wierny swoim przekonaniom i być szczera, wobec siebie i innych. Ludzie są często przyzwyczajeni do szczerości tylko wtedy, kiedy jest zgodna z ich opinią. Trudno więc dla mnie czasami komuś kto jest miły, fajny powiedzieć, że ze śpiewaniem nie jest najlepiej. Jednak zdecydowałam się pójść tą drogą i jeżeli już się kogoś pochwali to może być pewien, że to szczere.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy słucha się Twoich nagrań jest w nich coś, co można nazwać tożsamością artysty. Czy to już jest  Ewa Farna, którą będziemy słuchać przez następne lata? A może te dziesięć lat to było dopiero nakreślenie Twojej tożsamości artystycznej, do której tak naprawdę zmierzasz?

Ewa Farna: Sama nie wiem,  robię to co jest teraz dla mnie naturalne i autentyczne. Na co będę miała ochotę za parę lat czas pokaże… Zawsze chcę w tym być ja, ale nie mam zamiaru też się zamykać w ramach jakiegoś stylu.  W tym co robię nie ma za bardzo zastanawiania się and tym czy to pasi do Ewy Farnej,  fajne jest uczucie, że ja kieruję tym jak brzmi Farna. I dziś to może być pogodny melodyjny pop, za parę lat znowu coś innego.  Zależy co mnie zainspiruje, cieszę się na te niespodzianki…

02.150921_Ewa_Farna_Cover_0810

Ewa farna fot.materiały prasowe

Arkadiusz Kałucki: Podczas minionego Festiwalu w Sopocie miałaś swój koncert z okazji 10-lecia działalności na zawodowej scenie muzycznej. Byłaś uśmiechnięta, rozpierała Ciebie energia, lekko bez kompleksów aż uśmiech pojawiał się na twarzach przybyłych widzów. Zresztą u mnie też 🙂 Mówiąc szczerze byłaś świetna. Koncerty to Twój żywioł?

Ewa Farna: Dziękuję! Sopot uważam za udany, dla nas to był piękny wieczór i święto. Koncerty dla mnie są chyba najlepszą częścią całej tej pracy. Uwielbiam być na scenie, wszystko może się wydarzyć, może być spontan i widzę bezpośrednie reakcje swoich fanów. Tam się wszystko tworzy między nami, bez pośrednictwa mediów, facebooka, instagrama, teledysków… To jest piękne.

Arkadiusz Kałucki: Nowe nagranie „Bumerang”, które pierwszy raz na żywo wykonałaś podczas wspomnianego koncertu w Spocie, ma bardzo nowoczesną odsłonę brzmieniową w Twojej dyskografii, przebojowość, optymizm idealnie pasuje na letnie dni i miesiące. Jaka jest historia powstania tej kompozycji?

Ewa Farna: Dokładnie tak chciałam by wybrzmiała! Energiczny numer na lato, jednak dla mnie porusza ważny temat. Chciałam fanom pokazać jak staram się żyć i jakie mam w życiu postanowienia.  Ważne jest siać wokół swoje przekonania, o ile jesteś pewien , że są one dobre i mogą nawet komuś pomóc… W Bumerangu śpiewam, jaką energię wysyłamy do świata, taka do nas wraca. O ile jesteśmy uczciwymi ludźmi, ta karma do nas wróci. Jednak wierzę, że to działa i w drugą stronę, więc nie warto się zachowywać podle.

03.150921_Ewa_Farna_Cover_0837

Ewa Farna fot.materiały prasowe

Arkadiusz Kałucki: Jesteś cierpliwą kobietą? Masz w sobie pokorę i wiesz, że nie wszystko można natychmiast zrobić, wykonać?

Ewa Farna: Pokorę mam nadzieję tak, z domu. Z cierpliwością jest gorzej, ale staram się…  Mam całkiem słabą wolę, wiem, że rzeczy nie przychodzą same, ale muszę naprawdę to lubić, by wytrzymać robić coś czego nie znosisz, nie dałabym chyba radę.

Arkadiusz Kałucki: Na koniec pytanie dotyczące Twoich teledysków. Na scenariusze i wszystko co z tym związane masz wpływ? Czy oddajesz się w ręce fachowców?

Ewa Farna: Pomysł bywa albo z mojej głowy albo przy konsultacji z reżyserem. Czasami mam pomysł od początku a jak nie, to brainstorming, gdzie przebiega rzucanie pomysłów i wspólnie tworzymy scenariusz, albo wybieram ten, który najbardziej mi pasi. W każdym razie muszę za tym stać murem. Resztę już oddaję w ręce fachowców, ogólnie tak mam, że lubię się otaczać fachowcami w swojej dziedzinie, zawsze można się dużo nauczyć i być dumny, kiedy masz możliwość pracować z najlepszymi w branży.

Arkadiusz Kałucki: Pięknie dziękuję za spotkanie i rozmowę 🙂

Ewa Farna: Również dziękuję. 🙂

Joanna Morea wywiad 16.05.2017 r.

Joanna Morea 2a fot. Sławomir Nakoneczny (PIła)

Joanna Morea ft. Sławomir Nakoneczny(PIła)

Śpiewa swing po polsku, a to już jest wow! 🙂 Nie każdy tak potrafi 🙂 Z zamiłowania podróżniczka Joanna Morea, która w sercu ma jazz, aktualnie promuje swój album „Crazy people”. Moja krótka rozmowa z Asią na temat wspomnianej płyty, jest niejako resume mojego wywiadu radiowego, który przeprowadziłem kilkanaście tygodni temu 🙂

 

 

Arkadiusz Kałucki: Masz już na swoim koncie udział w kilkunastu festiwalach jazzowych, projektach muzycznych a teraz promujesz najnowszy krążek pt. „Crazy People”. Kto jest Twoim odbiorcą, fanem? Możesz go opisać?

Joanna Morea: Opierając się na obserwacji bezpośredniej czyli publiczności, która pojawia się na koncertach czy to regularnie czy okolicznościowo, ludziach, którzy do mnie piszą i od nich wiem, co myślą czy czują kiedy słuchają muzyki przez mnie prezentowanej to mogę dość precyzyjnie stwierdzić, że to odbiorcy rozsmakowani w muzyce wielu barw i nie koniecznie komercyjnej. To odbiorcy, którzy muzyki słuchają, czasem nawet wnikliwie, a nie traktują jej jako tło, którzy się przy niej także bawią, bowiem naturalnie wychwytują radość zawartą we frazach czy w pochodach harmonicznych, to z pewnością pasjonaci muzyki żywej i granej na żywo. Myślę, że tych najbardziej wiernych fanów cechuje sympatia, a może nawet miłość do muzyki swingowej. Ten specjalny feeling trzeba umieć poczuć, nie trzeba go umieć nazwać, ale poczuć, a to już jest zupełnie inna historia. Jednocześnie wierzę, że moje piosenki, są podane w taki sposób, że zainteresują nie tylko tych, którzy na co dzień słuchają bardziej wysublimowanej muzyki, ale także tych, którzy dopiero odkrywają piękno i subtelność muzyki swingowej i jazzowej.

Arkadiusz Kałucki: Na nowej płycie śpiewasz swing po polsku, a przynajmniej większość piosenek. To było największy wyzwanie przy realizacji całego materiału muzycznego?

Joanna: To rzeczywiście był jeden trudniejszych elementów pracy nad projektem. Ta trudność polega nawet nie na technicznym aspekcie wykonawczym, choć w pewnym sensie tak, ale na feelingu, na takim podaniu polskiego tekstu w piosence, żeby zarówno na poziomie słownictwa( chodzi o dźwięczność, a nasz język nie jest łagodnie brzmiącym), jak i frazowania piosenka była lekka i „kołysała się”, „ bujała się” czyli naturalnie swingowała. To także jest współpraca z zespołem, zwłaszcza z sekcją rytmiczną, która na płycie jest wspaniała i przy nich, przy tak swingujących muzykach, dużo łatwiej osiągnąć jest efekt owego naturalnego „kołysania”.

Joanna Morea 1a fot. Sławomir Nakoneczny (PIła)

Joanna Morea fot. Sławomir Nakoneczny(PIła)

Arkadiusz Kałucki: Wśród kilku autorów tekstów pojawia się Marek Gaszyński (m.in. Sen o Warszawie, Nie zadzieraj nosa, Gdzie się podziały tamte prywatki), który jest także dziennikarzem muzycznym. Jak doszło do współpracy z tak wybitnym tekściarzem? I czy specjalnie pisał dla Ciebie piosenki?

Joanna: Marka poznałam już dobre kilka lat temu, wtedy wydawało mi się, że tak ceniona postać, gwiazda dziennikarska, doskonały tekściarz i mówca nawet nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak, ja, na śpiewającą tu i ówdzie flecistkę jazzową. A jednak.
Podszedł do mnie po jednym z koncertów, powiedział, że jest pod wrażeniem tego co robię i czy nie zechciałabym napisać muzyki do jego tekstów. Tak też się stało. Tekst do piosenki „Wolność osobista” znajdującej się na płycie „ Crazy People” Marek napisał specjalnie dla mnie. Kiedy czytałam go po raz pierwszy łzy ciekły mi po policzkach.

Arkadiusz Kałucki: Na płycie „Crazy People” znajduje się kilka bardzo wybitnych postaci polskiego jazzu m.in.: Urszula Dudziak, Zbigniew Namysłowski, Robert Majewski. Proszę powiedz o kulisach ich zaproszenia do nagrania płyty i jak wyglądała współpraca w studiu?

Joanna: To dość często zadawane pytanie. Ulę znałam już wcześniej, zetknęłyśmy się muzykując właśnie, a nic bardziej nie łączy niż wspólna zabawa przy muzyce. Ula jest tak cudownie radosną i pełną optymizmu osobą, że pomimo mojego strachu i kilkudniowego przerażenia przed sesją nagraniową, to samo nagranie odbyło się w tak zaskakująco cudownej atmosferze, którą bez wątpienia wprowadziła Ula, pełnej wzajemnego szacunku i podziwu, że na jakikolwiek stres nie było ani czasu, ani miejsca. Zresztą podobnie było ze Zbyszkiem Namysłowskim czy z Robertem Majewskim. To Dymitr Markiewicz zwrócił ich uwagę na moja osobę i moją muzykę. Oczywiście, że bardzo się bałam zarówno oceny moich kompozycji, jak i wykonawstwa. Ale może to i dobrze bo nagroda lepiej smakuje. Obydwaj panowie okazali się bardzo otwartymi i przemiłymi muzykami oraz kolegami. Dziś jestem po kilku wspólnych koncertach z Robertem Majewskim i nie mogę się nadziwić jak niezwykle jest przystępnym człowiekiem będąc jednocześnie tak wielkiego formatu muzyki.

Arkadiusz Kałucki: Ile piosenek nie zmieściło się na płycie „Crazy People”? Powrócisz do nich przy kolejnym albumie?

Joanna: Ile się nie zmieściło, a ile w ogóle czeka na swoją kolej? Jest tego trochę. Ze mną to trochę tak jak z wulkanem. Tak zresztą kiedyś opisał mnie nieżyjący już Michał Kulenty. Pod powierzchnią ziemi zbiera się ogromne ciśnienie, żeby jednego dnia w odpowiednich warunkach wybuchnąć wyrzucając całą nagromadzoną lawę. Ja także długo zwlekałam z nagraniem płyty tworząc kolejno różne projekty. Nagromadziło się ich tyle ile tego ciśnienia pod ziemią. Dziś mogłabym wejść do studia i nie opuszczać go miesiącami. Zatem jak już pojawiła się pierwsza płyta to wraz za nią powinny wybuchać następne jeśli opierać się na koncepcji wulkanicznej. A plany na szczęście są i to już na najbliższe lato.

Joanna Morea 3a fot. Sławomir Nakoneczny (PIła)

Joanna Morea fot. Sławomir Nakoneczny(PIła)

Arkadiusz Kałucki: Muszę zapytać o koncerty związane z promocją płyty. Jak wyglądają przygotowania i gdzie w najbliższym czasie będzie można Ciebie zobaczyć i posłuchać?

Joanna: Jestem związana z różnymi projektami, także nie sposób skupić się tylko na promocji koncertowej projektu „Crazy People”. Do tej muzyki w całości wrócimy po wakacjach, ale pojawię się na kilku festiwalach jazzowych, na których zagram i zaśpiewam niektóre kompozycje w rożnych konfiguracjach. Do najciekawszych należeć będzie z pewnością występ na Międzynarodowym Festiwalu Jazzu Tradycyjnego Hot Jazz Spring 2017 w Częstochowie, już 4.06.2017. Zagramy w formacji Dymitr Markiewicz & His All Stars (PL/NL/S/GB) i tutaj właśnie zaśpiewam Crazy People wraz ze szwedzką mega gwiazdą jazzu Gunhild Carling.

Arkadiusz Kałucki: W którym jesteś miejscu swojej kariery muzycznej? Jak byś to nazwała?

Joanna: Na początku. To początek wielkiego wybuchu (hahaha). Do tej pory tylko grałam i pisałam, a teraz rozpoczął się nowy etap, nagrywanie. On nie wyklucza pozostałych tylko jest dopełnieniem. Wszystko co najlepsze jeszcze przede mną.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na koncertach 🙂

Joanna Morea: Bardzo dziękuję i zapraszam gdziekolwiek będę.

 

Dorota Miśkiewicz wywiad 7.05.2017 r.

Dorota Miskiewicz 1a fot. Honorata Karapuda

Dorota Miśkiewicz fot. Honorata Karapuda

Album Doroty Miśkiewicz „Piano.PL”, który ukazał się pod koniec 2016 r. od początku był chwalony nie tylko przez fanów muzyki jazzowej, ale także przez wytrawnych znawców tego gatunku. To siódmy krążek w dyskografii piekielnie uzdolnionej wokalistki, kompozytorki, autorki tekstów i skrzypaczki. Zawsze uśmiechnięta, radosna, pewna siebie i pozytywnie nastawiona do ludzi – taką ją znam – nie osiadła na laurach. Koncertuje, bierze udział w licznych projektach muzycznych o różnym charakterze. Na szczęście znalazła czas aby w naszej krótkiej rozmowie nie tylko opowiedzieć jeszcze o płycie „Piano.PL”, ale częściowo podsumować ostatni rok 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Czy 16 maja 2016 roku w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie odbył się według Ciebie jeden z najważniejszych koncertów jakie dotychczas zagrałaś? A My odbiorcy otrzymaliśmy później kwintesencję tego wydarzenia w postaci płyty „Piano.PL”?

Dorota Miśkiewicz: Tak, to było wydarzenie! Kilkunastu pianistów pod wodzą dziewczyny! Wzruszające przeżycie dla mnie, wielka produkcja mimo kameralnych składów. Kamery, nagranie, pełna sala. Potem jeszcze przez tydzień nie mogłam spać! Cieszę się, że dzięki płycie mogę wrócić do tamtego czasu.

Arkadiusz Kałucki: Miejsce realizacji nagrania tego koncertu było Twoim naturalnym wyborem czy brałaś pod uwagę inne teatry muzyczne czy sale koncertowe w Polsce?

Dorota: Razem z menadżerką – Kingą Janowską – szukałyśmy fotogenicznego miejsca z dobrym klimatem, odpowiednią liczbą miejsc i chętnymi do współpracy ludźmi. Brałyśmy pod uwagę tylko sale warszawskie, bo większość z pracujących przy projekcie ludzi była z Warszawy. Lubię scenę Teatru Muzycznego Roma, mimo sporej kubatury ma się wrażenie kameralności, zarówno od strony widowni, jak i sceny.

Arkadiusz Kałucki: Jakie było Twoje kryterium doboru piosenek, które wykonałaś podczas koncertu? Bo wszystkie to kanon, klasyka by nie powiedzieć przeboje znane wszystkim w naszym kraju.

Dorota: Niektóre już miałam ograne, ośpiewane, chciałam je zarejestrować, np. “Gram o wszystko” z Grzegorzem Turnauem, “La valse du mal” z Krzysztofem Herdzinem, “Pragnę być jeziorem” z Tomkiem Kałwakiem. Inne po prostu podobały mi się, chciałam się z nimi zmierzyć. Miały być polskie, piękne, głębokie, napisane lub zaśpiewane przez ważne postaci polskiej kultury i musiały pasować do danego pianisty. Przede wszystkim miały mnie po prostu wzruszać. Poza znanymi utworami, postanowiłam dołączyć jeden mój i jeden taty – bo to w końcu moja prywatna historia piosenki!

Dorota Miskiewicz 3a fot.Darek Kawki-2269

Koncert w Teatrze Roma 16.05.2016 r. fot.Darek Kawka

Arkadiusz Kałucki: Nie sposób przejść obojętnie obok zaproszonych gości. Wybitni pianiści polskiej sceny jazzowej m.in.: Włodzimierz Nahorny, Andrzej Jagodziński, Leszek Możdżer, Marcin Wasilewski, Dominik Wania, Piotr Orzechowski. Niech zgadnę – najtrudniej było dopasować tak grafik aby wszyscy byli jednego dnia właśnie na tym wspomnianym koncercie?

Dorota: Łatwo nie było… Dlatego termin ustalony został ponad rok przed planowanym koncertem. Teraz zmagamy się z podobnym problemem chcąc zagrać kilka koncertów w pełnym składzie. Mimo to, udało się ustalić dwa terminy, warszawski – 31.10 (Teatr M. Roma) oraz wrocławski – 17.12 (NFM). W przypadku koncertu rejestrowanego było więcej problemów, przede wszystkim zebranie funduszy, a także np ustalenie terminów prób, zorganizowanie ekipy rejestrującej dźwięk i obraz, scenografia, stawianie kamer w miejscu, gdzie już zostały sprzedane bilety, zamykanie ulicy, żeby mógł wjechać tir z wozem HD… Ale na szczęście moja już wspomniana menadżerka rozwiązała wszystkie te problemy.

Arkadiusz Kałucki: Fryderyk Chopin, Krzysztof Komeda potrafili improwizować. Obaj pianiści, kompozytorzy. Szanowani i podziwiani po dziś dzień na całym świecie za swoje muzyczne dokonania. Improwizacja dla Ciebie to jedna z istotnych form wypowiedzi artystycznej czy to nie mieści się w żadnych kategoriach? Pytam o to w kontekście płyty „Piano.PL”.

Dorota: Improwizacja jest bardzo obecna na płycie “Piano.pl”, bo większość występujących na niej pianistów jest jazzmanami, a jazz kojarzy się z improwizacją właśnie. Lubię improwizację, ona zmusza do oderwania się od schematu. Można snuć dywagacje, na ile w improwizacji wykorzystujemy znane i przetarte szlaki, na ile faktycznie improwizujemy, ale nawet jeśli mimowolnie używamy kalki, to jednak, żeby improwizować, trzeba zamknąć oczy i ryzykować, emocjonalnie wspiąć się na swoje wyżyny, żeby solówka była interesująca. I to jest najpiękniejsze, pewna nieprzewidywalność, podjęcie ryzyka i uczucie, które temu towarzyszy.

Dorota Miskiewicz 2a fot. Honorata Karapuda

Dorota Miśkiewicz fot. Honorata Karapuda

Arkadiusz Kałucki: Muszę zapytać o sesję zdjęciową, która towarzyszyła wydaniu Twojej płyty „Piano.PL”. Fotografie zamieszczone w poligrafii albumu są czarno białe, z których można odczytać wiele przesłań, nawiązań, skojarzeń. Taki był zamysł od początku do końca czy wyklarował się pod koniec prac nad płytą?

Dorota: Wiedziałam, że chcę mieć okładkę, która będzie będzie w sposób nieoczywisty nawiązywać do fortepianu. Białe i czarne klawisze to pierwsze skojarzenie. Poprosiłam VJ-kę Jagodę Chalcińską, żeby mi w tym pomogła. Rozpuściła czarny tusz w mleku i fotografowała go. Powstałe formy zostały rzutnikiem zaprojektowane na mnie, ten efekt uwieczniła na zdjęciach Honorata Karapuda. Zdjęcia powstały długo przed ostatecznym wyborem piosenek, z tego względu, że promocja musiała ruszyć odpowiednio wcześniej.

Arkadiusz Kałucki: Za kilka dni minie równo rok kiedy odbył się koncert, gdzie nagrałaś album „Piano.PL”. Byłaś nominowana w dwóch kategoriach do najważniejszej nagrody muzycznej w Polsce – Fryderyk 2017 przyznawanej przez branżę muzyczną(Muzyka Jazzowa – Album Roku i Artysta Roku), gdzie dotarłaś do ścisłego finału. To było według mnie bardzo udane dla Ciebie minione 365 dni. Emocje i radość jakie dostarczyłaś miłośnikom muzyki jazzowej. Też tak to odbierasz czy masz inne przemyślenia? 🙂

Dorota: To był bardzo owocny rok. Ukazała się moja “best of”, która jest nie tylko składanką starych utworów, ale zawiera także rzadziej dostępne lub nie publikowane w Polsce utwory. Wiosną zagrałam koncert “Piano.pl”, a jesienią udało się go opublikować na płycie CD+DVD+Vinyl. Dodajmy, że to moje pierwsze w życiu wydanie DVD i pierwszy winyl. Ostatnio w Zakopanem odebrałam dwa dyplomy za zajęcie pierwszego miejsca w ankiecie Jazz Top pisma Jazz Forum w kategoriach “Płyta roku” oraz “Wydarzenie roku”. Poza Fryderykami, byłam też nominowana do prestiżowej nagrody “Koryfeusz Muzyki Polskiej”. Chyba nigdy nie miałam tylu nominacji i nagród… Jestem niezwykle szczęśliwa, dostaję piękny odzew od ludzi, którym się płyta podoba, a to jest najważniejsze wyróżnienie, po to się gra i nagrywa, dla publiczności.

Arkadiusz Kałucki: Pięknie dziękuję za spotkanie i rozmowę 🙂

Dorota: Dziękuję!

Mateusz Narloch – wywiad 6.05.2017 r.

Mateusz Narloch 1a fot. Mateusz PlewkaJest absolutnym debiutantem na polskiej scenie muzycznej. Ma 23-lata a już występował w spektaklach muzycznych w Teatrze Roma – „Miss Sajgon” czy „Akademia Pana Kleksa”. Pracuje także jako aktor dubbingowy. Swoje własne pomysły muzyczne rozpoczął od powołania do życia projektu 2M w 2010 r. Razem ze swoim przyjacielem Mateuszem Plewką współtworząc 2M działali przez kilka lat, by w 2016 wejść poziom wyżej w rozwoju muzycznym. W 2016 założyli label EMA Rec. a jego pierwszym wydawnictwem jest solowy album Mateusz Narlocha – „My Story”. Poniżej moja krótka rozmowa z Mateuszem 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Jesteś wokalistą, autorem tekstów, aktorem dubbingowym, teatralnym. W 2000 r. debiutujesz w Teatrze Roma grając spektaklu muzycznym „Miss Sajgon”. Siedem lat później grasz w „Akademii Pana Kleksa”. Czy dziś patrząc wstecz i trzymając swoją debiutancką płytę „My story”, uważasz, że ta droga ułatwiła Tobie realizację marzenia w postaci wydania swojego albumu? Dziś tak samo byś postąpił?

Mateusz: Czy ułatwiła to, ciężko stwierdzić, na pewno teatr był miejscem które bardzo dużo mnie nauczyło. Kultury pracy, tego jak powinien wyglądać dobry występ na scenie, tego jaka jest technika śpiewania itd. itd. Podobnie sytuacja wygląda jeśli mówimy o dubbingu, znajomość specyfiki studia, tego jak wygląda praca przed mikrofonem, jak kluczowa jest atmosfera w nim. Także uważam, że być może było to jakieś ułatwienie, niemniej jednak podczas samego powstawania albumu, to doświadczenie pomagało tylko w 10%. Co rusz zaskakiwały nas nowe rzeczy o których nigdy byśmy nie pomyśleli, że mogą sie okazać aż tak istotne. Czy dziś tak samo bym postąpił? Absolutnie, nie żałuje tej decyzji w żadnym stopniu, jedyne co może bym naprawił to to że daliśmy sobie może troche za mało czasu na wszystko. Niemniej jednak, myśle że i tak większość rzeczy zrobilibyśmy tak samo.

Arkadiusz Kałucki: Płyta „My story” opowiada w całości o Twoim dotychczasowym życiu? Czy są też historie zaczerpnięte od innych przyjaciół czy znajomych?

Mateusz: Nie, każda historia o, której opowiadam jest absolutnie osobista. Czułbym się chyba nie do końca konsekwentny, jeśli któraś z historii nie dotyczyła bezpośrednio mnie, a płyta dalej nosiła tytuł „My Story”. Od przyjaciół i znajomych zaczerpnąłem w zasadzie tylko opinie na dany temat. Czy jakaś sytuacja powinna być poddana ocenie osób trzecich. Osób trzecich i to w dodatku tych, które mnie znają. Czasami warto też wysłuchać innych (śmiech).

Mateusz Narloch 2a fot. Mateusz Plewka

Mateusz Narloch fot.Mateusz Plewka

Arkadiusz Kałucki: Przesłuchując album sporo można usłyszeć o poszukiwaniu własnej drogi życiowej a przy tym byciu dorosłym. Proszę powiedz co to znaczy być dorosłym według Ciebie i drugie, w którym miejscu tej drogi dzisiaj jesteś?

Mateusz: Dla mnie być dorosłym, to przede wszystkim być odpowiedzialnym za swoje zachowania i decyzje, umieć wyciągać z nich wnioski i umieć ponieść konsekwencje, jeśli się coś „zepsuło”. Dorosłość to nie jest dowód osobisty, to nie jest praca, własne mieszkanie, a te kilka cech które przed chwilą wymieniłem. Jeśli chodzi o mnie i moją drogę do dorosłości, to zbliżam się pomału do połowy tej drogi (śmiech), cały czas popełniam dużo błędów, bardzo dużo pomyłek, ale nie ze wszystkich jeszcze chyba potrafię wyciągnąć wnioski. Także bardzo długa droga jeszcze przede mną, ale widzę światełko w tunelu, że będzie dobrze!

Arkadiusz Kałucki: Wyciągasz wnioski z popełnionych błędów? Magiczne słowo „Przepraszam” ma dla Ciebie znaczenie?

Mateusz: Jak wspomniałem przed chwilą nie ze wszystkiego potrafię jeszcze wyciągnąć wnioski, ale codziennie idzie mi co raz lepiej (śmiech). Co do słowa przepraszam, ono jest ważne i bardzo często niesamowicie kluczowe, ale samo słowo przepraszam często nie wystarczy. To czyny są najważniejsze, zmiana naszej postawy, zmiana naszego zachowania, jakoś zredefiniować swoją postawę. Jasne to słowo przepraszam powinno zawsze paść, czasami mnie samemu zdarza się go nie wypowiedzieć, co jest oczywiście błędem, ale zawsze staram się pokazać, że błąd został przeze mnie zrozumiany w 100% i wprowadzam zmiany w życie.

Arkadiusz Kałucki: Szeroko rozumiany r’n’b, hip-hop, soul, pop, to znajdujemy na twoim debiutanckim krążku „My story”. Wszystkie teksty napisane i zaśpiewane po angielsku. Planujesz karierę na zachodzie? Czy jest łatwiej przekazać i opowiedzieć swoją historię?

Mateusz: Ciężko stwierdzić czy planuje karierę na zachodzie. Na razie podstawą jest dla mnie polska i budowanie kariery tutaj, co też powinno się przełożyć na większą ilość tekstów w języku polskim. Aczkolwiek faktycznie uważam, że język angielski jest niewątpliwie natywnym językiem do gatunków takich jak r’n’b, czy soul. Brzmią one po prostu dla mnie wtedy dużo lepiej. Nie wiem czy przekazanie historii jest łatwiejsze po angielsku, niż po polsku. Wydaje mi się, że oba języki są dostatecznie trudne, bo samo przekazywanie historii nie jest prostym zadaniem dla wokalisty/rapera. Aczkolwiek uważam, że po polsku jest dużo trudniej napisać dobry tekst, ale nie jest to oczywiście niemożliwe 😉

Mateusz Narloch 3a fot. Mateusz Plewka

Mateusz Narloch fot. Mateusz Plewka

Arkadiusz Kałucki: Inspiracje muzyczne Mateusza Narlocha i proszę Ciebie abyś krótko uzasadnił swoje wybory 🙂

Mateusz: Jest tego bardzo, bardzo dużo. Przede wszystkim Kanye West, jako producent, mniej jako raper. Ma w sobie bardzo dużą łatwość w przesuwaniu granic w muzyce, wydaje mi się że jeśli istnieje jakaś zasada w danym gatunku, on ją łamie i przerabia na własną modłę. Na pewno wśród inspiracji, bardziej wokalnych co prawda, jest Freddie Mercury. Przepiękny głos o ogromnej skali i możliwościach, do tego niesamowita wrażliwość i ponadprzeciętne umiejętności! Na pewno będzie też tutaj się musiał znaleźć Kid Cudi za ten duszny i czasami psychodeliczny klimat, a z drugiej strony Justin Timberlake, za te lekkość i świetną melodyjność. Inspiracji jest wiele ale boje się że mogłoby nie wystarczyć papieru na to wszystko (śmiech)

Arkadiusz Kałucki: Ostatnie pytanie. Gdyby istniała taka możliwość jakie trzy tematy muzyczne poruszyłbyś w rozmowie z Michaelem Jacksonem?

Mateusz: Po pierwsze, skąd brał swoje wszystkie pomysły na wielkie hity tj. „Beat it”, „Billie Jean”, „Thriller” itd. Po drugie, jak ze swojego koncertu zrobić show. A po trzecie, od kiedy można siebie nazwać w pełni artysta.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Mateusz: Dziękuje bardzo! 🙂