Lanberry – wywiad(26.11.2016 r.)

lanberry_piatek_foto-d-kawka-1

Lanberry fot. Darek Kawka

Małgorzata Uściłowska aka Lanberry jest klasycznym przykładem wokalistki młodego pokolenia, którą scena pop zaakceptowała od pierwszego singla „Podpalimy świat”. Wiosną 2016 ukazała się jej debiutancka płyta „Lanberry”. O tym niewątpliwie ważnym wydarzeniu w biografii Lanberry, a także o zaskakującym utworze „Piątek”, który do dziś króluje na radiowych listach przebojów przeczytacie w poniższej rozmowie 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Minęło ponad pół roku od ukazania się twojej debiutanckiej płyty. Wyciągnęłaś już pierwsze wnioski? Coś byś zmieniła?

Lanberry: Wow, czas leci jak szalony. Mam oczywiście jakieś przemyślenia i wnioski, ale niczego bym nie zmieniła. Byłam i jestem w stu procentach sobą w tym, co robię. Na mojej debiutanckiej płycie starałam się oddać to, co akurat wtedy najbardziej mnie paliło, wzruszało i absorbowało. Otworzyłam się na tyle, na ile wtedy mogłam, ale wiem, że to nieustanny proces. Emocje z debiutanckiej płyty są już za mną, a czas przynosi nowe, z którymi chcę się zmierzyć i opisać. Cieszę się, że mogę to wszystko wyrzucić z siebie za pomocą słów i dźwięków. Tworzenie – to niesamowity proces i ciągle mam jego głód. Fascynują mnie też zupełnie nowe brzmienia, które na pewno chcę pokazać w kolejnych piosenkach. Nie ograniczam się tylko do syntetycznych brzmień, jestem równie otwarta na żywe instrumenty.

Arkadiusz Kałucki: Czego nowego dowiedziałaś się o swojej płycie? Mam na myśli opinie odbiorców, którzy wczytali się w teksty. Czy ogólny obraz, jaki wyłania się z piosenek, jest u nich taki sam, jaki chciałaś nam przedstawić?

Lanberry: Myślę, że tak. Na pewno pokazałam na tej płycie część siebie i dałam się poznać słuchaczowi, ale chciałam pozostawić też trochę tajemnic. Może wzbudzić ciekawość, miejscami niejednoznaczność. To jest fantastyczna szansa, aby dać się poznać słuchaczowi kawałek po kawałku, a jednocześnie poznajesz bardziej siebie. Ta płyta pokazała, że nie lubię się zamykać na jeden gatunek, jeden sposób patrzenia na muzykę. Lubię eksperymentować i mój apetyt rośnie w miarę tworzenia 😉

Arkadiusz Kałucki: Jakbyś opisała kobietę i mężczyznę, którzy są bohaterami na twoim albumie? Bo relacje między nimi są bardzo różne ☺

lanberry_piatek_foto-d-kawka-3

Lanberry fot. Darek Kawka

Lanberry: Dziewczyna – to niepoprawna marzycielka, która biegnie przez życie, a marzenia są jej paliwem, napędzają. To dziewczyna, która nie boi się przyznać, że czasami błądzi i popełnia błędy. Chce być szczera sama ze sobą oraz ze światem. Jest w niej też ogromna chęć odkrywania siebie i tego, co ją otacza. Chce się rozwijać i ma potrzebę, by od czasu do czasu się buntować, wyrywać z bezsensownych schematów i stereotypów, które ją irytują. Jeśli chodzi o chłopaka czy mężczyznę –to jest tych typów co najmniej kilka. Jest wrażliwiec, marzyciel, ale mamy też mega utalentowanego człowieka, który się gdzieś po drodze totalnie zagubił. Ich drogi czasami biegną razem, a czasami się tylko przecinają, by spotkać się w jednym momencie i popędzić dalej każdy w swoim kierunku.

Arkadiusz Kałucki: Jesteś rozważna czy romantyczna?

Lanberry: Myślę, że moje życie – to nieustanna walka pomiędzy rozważną i romantyczną częścią mnie. Daję się ponieść emocjom, uczuciom, ale wykształciłam też na przestrzeni lat mechanizm obronny w postaci hamulca, czyli aplikuję sobie tzw. racjonalizację 😉 Kiedy czuję, że za bardzo przeżywam, za bardzo „czuję” rzeczywistość, to rozum hamuje ten mój niczym nieokiełznany romantyzm. Myślę, że równowaga pomiędzy tymi dwoma stanami jest potrzebna, żeby nie zwariować.

lanberry_piatek_foto-d-kawka-2

Lanberry fot. Darek Kawka

Arkadiusz Kałucki: Dotychczas ukazały się trzy oficjalne single z płyty: Podpalimy świat, Każdy moment, Bunt. Do każdego z nich możemy oglądać teledyski. Z kim przy nich współpracowałaś? I czy miałaś wpływ na scenariusze?

Lanberry: Pierwszy klip reżyserował Michał Bolland. Bardzo podobała mi się jego wizja i znaleźliśmy niesamowitą scenerię, w której były kręcone zdjęcia. Nadwiślański krajobraz i schyłek lata zagrały piękne role w tym klipie. Bardzo miło wspominam ten plan, może dlatego, że to był mój pierwszy solowy teledysk. Drugi klip, do Każdego momentu, w reżyserii Pawła Zawadzkiego, kręciliśmy w studiu, w środku zimy, co było zupełnie innym doświadczeniem. Zmiana scenografii, która stopniowo nabierała koloru, idealnie oddawała klimat i temat piosenki. Przy Buncie zaczęłam współpracę z Anną Powierżą. Klip miał być z założenia minimalistyczny, z mocnym przekazem, a w nim ja, jako buntowniczka 😉 Z Anią świetnie się rozumiemy i nadajemy na tych samych falach. Współpracowałyśmy również przy klipie do Piątku. Jeśli chodzi o wpływ na scenariusz, to jak najbardziej tak, mogę go modyfikować i przedstawiać swoje pomysły. Dla mnie to ważne, by każdy element, który związany jest z kreacją mojej osoby, był w jakimś stopniu mój, bym mogła się pod tym podpisać, bym mogła powiedzieć: „tak, to jestem ja, to chciałam pokazać i przekazać swoim odbiorcom i fanom”.

Arkadiusz Kałucki: Tuż przed wakacjami do stacji radiowych trafiło nagranie spoza albumu, pt. Piątek. To było pełne zaskoczenie. Opowiedz proszę o jego historii powstania.

Lanberry: Historia powstania jest w sumie bardzo prosta. Mieliśmy z Piotrkiem Siejką pomysł, który chcieliśmy zmaterializować. To kawałek napisany specjalnie na wakacje, utrzymany w stylistyce tropical house’u, który jako gatunek bardzo przypadł mi do gustu. Wbrew pozorom temat tej piosenki nie jest taki lekki. To trochę słodko-gorzka opowieść, ale chciałam zamknąć w tym utworze też sporo słońca i namiętności. Chciałam też, by była to piosenka, przy której będzie można się też zakołysać i potańczyć. I mam nadzieję, że taki właśnie jest Piątek.

Arkadiusz Kałucki: Czy kolejne nagranie będzie pochodziło z płyty, np. Iluzja, która bardzo przypomina Piątek? I jakie masz plany na nadchodzące tygodnie i miesiące?

Lanberry: Jeszcze nie mogę zdradzić, co będzie kolejnym singlem. Na razie przed nami dużo pracy związanej z promocją Piątku. Marzę też o jak największej ilości koncertów, aby móc spotkać się na nich z fanami i pokazywać moją muzykę coraz większej grupie odbiorców.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Lanberry: Dzięki 🙂

Reklamy

Agnieszka Chrzanowska – wywiad (29.10.2016 r.)

agnieszka-chrzanowska-1-fot-marcin-brzozka

Agnieszka Chrzanowska fot. Marcin Brzózka

Piosenkarka, aktorka, autorka tekstów, kompozytorka Agnieszka Chrzanowska nagrała koncertowy album pt. „Dom na skale”(live in Wadowice)” (wyd. Universal Music). Mająca w swojej biografii występy w słynnej „Piwnicy Pod Baranami” (1996 – 2003) a także 8 nagranych płyt, dostarcza w nasze ręce krążek, który ukazał się w 95 rocznicę urodzin św.Jana Pawła II oraz 20-lecie działalności na scenie Agnieszki. O tym wyjątkowym wydawnictwie i związanym z nim aspektach porozmawiałem nie tylko w swojej audycji „Warto Posłuchać” w POP Radiu na 92,8 FM, ale także na moim blogu 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Wyjątkowe wydawnictwo przygotowałaś na swoje już 20-lecie działalności scenicznej. Płyta pt. „Dom na skale” to wydawnictwo koncertowe. Skąd taki pomysł?

Agnieszka Chrzanowska: „Dom na Skale” powstawał wiele lat, swoją premierę miał w 2007 roku, na scenie przy Bazylice św. Michała Archanioła, czyli w Sanktuarium Męczeństwa św. Stanisława BM na Skałce w Krakowie, ale jego forma różniła się nieco od tego, co możemy usłyszeć na albumie. Muszę przyznać, że nie sądziłam, iż zmaterializuje się w postaci płyty, w tak wyjątkowym dla mnie roku. Wyjątkowe jest także to, że to nagranie koncertu z okazji 95. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II, w bazylice w Wadowicach, gdzie został ochrzczony. To wszystko nie zostało zaplanowane, ale się zdarzyło. Samo nagranie koncertu było realizowane jedynie dla krakowskiej telewizji do programu „Parafia z sercem”, bez żadnych planów wydawniczych i przeleżało rok, aż odkrył go pewien dobry duch i tak zadziałał, że jest i kontrakt z dużą wytwórnią, jest płyta i jest już pierwszy teledysk do utworu „Niebo ciągle nade mną”, z kluczową rolą Anioła Stróża, którą stworzył wyjątkowy aktor Wojciech Gałziński. Wszystko to się wydarzyło w ciągu nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i przypadków, na pewno musiało zadziałać wiele dobrych aniołów, były chwile, kiedy przecierałam oczy ze zdziwienia. Pomysłu na wydanie płyty nie było, a płyta jest. Nie jest natomiast przypadkowe to, co na niej się znajduje. Sporo czasu zajęło mi szukanie ostatecznej formy koncertu, wybieranie odpowiednich fragmentów prozy i kompilowanie ich, tak by stworzyć pełną wypowiedź. Znalazłam odpowiednie treści w książce „Świety Jan Paweł II. Papież wysłuchanych modlitw”, autorstwa włoskiego dziennikarza Franco Bucarellego oraz w „Darze i Tajemnicy”, którą napisał sam Papież.

Arkadiusz Kałucki: Muzycy jacy Tobie towarzyszyli podczas koncertu, to prawie ci sami z którymi pracujesz o lat. To niewątpliwie ułatwia pracę. Proszę Agnieszko o ich krótką charakterystykę i mocne atuty.

Agnieszka Chrzanowska: To jest grono prawdziwych wrażliwców, którzy potrafią wyrazić swoją grą mnóstwo emocji. To jest niezwykle istotne. Wojciech Pieczka gra znakomicie na fortepianie i akordeonie, zamyka oczy i muzyka po prostu przez niego przepływa. Przemysław Sokół jest według mnie, w tym momencie w Polsce, najlepszym trębaczem. Jego technika gry jest świetna, a chwile w których wydobywa dźwięki z flugelhornu magiczne. Szymon Frankowski dba o wszystkie elementy związane z brzmieniem swojego kontrabasu i choć wydawałoby się, że na tym instrumencie nie da się za bardzo ilustrować tekstu, to jednak Szymon zawsze gra na temat. Dominik Klimczak jak nikt potrafi podbić dynamicznie właściwą frazę tekstu, podąża za emocjami, które są zawarte w słowach, stwarza całą gamę kolorów używając przeszkadzajek. Nie jest perkusistą tuzinkowym. Jarosław Meus zaś, jest bardzo wszechstronny, otwarty, czy wydobywa dźwięk z gitary akustycznej, elektrycznej czy bouzouki to jest to zawsze piękne. Mam więc szczęście trafiać na wyjątkowe osoby.

Arkadiusz Kałucki: Teksty do których śpiewasz są autorstwa nie tylko twojego, ale innych poetów, a przede wszystkim św. Jana Pawła II. Jakie było kryterium w doborze tych mistrzów słowa?

Agnieszka Chrzanowska: Teksty piosenek są autorstwa Michała Zabłockiego, Włodzimierza Dulemby, Krzysztofa Sikory, Kamila Śmiałkowskiego, moje i młodego Karola Wojtyły. Wszystkie one podejmują istotne dla mnie tematy. Zbierałam je na przestrzeni lat, niektóre są wynikiem mojego dialogu z autorami i wyrażają dokładnie to co czuję i czym chciałabym się dzielić z widzami, a kilka z nich po prostu pojawiło się jako prezent od losu i okazały się absolutnie niezbędne w „Domu na Skale”. Bez tekstu „Ktoś się długo pochylał nade mną”, będącego fragmentem „Pieśni o Bogu ukrytym”, napisanego przez młodego poetę Karola Wojtyłę, album byłby niepełny. Ten tekst akurat przywędrował do mnie sam, wraz z zaproszeniem wzięcia udziału w nagraniach dość niezwykłego wydawnictwa, którego pomysłodawcą był Igor Jaszczuk. Stworzył album zatytułowany „Słowa”, na którym znalazły się piosenki z tekstami Wojtyły, a jeden z nich przydzielił mnie. Od tego czasu wędruje ze mną i stał się częścią koncertu dopełniając go. Podstawą zaś są teksty Michała Zabłockiego „Dom na Skale”, „ Tak wiele przeszkód między nami”, „Natchnienie do kochania”, „Mleczna droga” i „Panie nasz”, który jest w moim odczuciu, prawdziwie ekumeniczny, napisany po wnikliwym studiowaniu tematu i wsłuchaniu się w wewnętrzny głos. Wyraża jednocześnie smutek i radość. Smutek, z powodu uprzedzeń, zamykania się na innych i niepotrzebnego oceniania, natomiast radość z miłości, którą możemy odczuwać w każdej chwili, kiedy spoglądamy na świat z większej perspektywy. Uzupełnieniem tej myśli jest przekaz zawarty w „Mlecznej drodze”, mówiącej o możliwościach „wolnej woli”, która zawsze związana jest z decyzją i pracą. To jest cudowne zjawisko, możemy być albo stale rozgoryczeni i roszczeniowi, albo możemy kreować naszą rzeczywistość wypełniając ją pięknymi zdarzeniami i relacjami. Z całą pewnością, wyznawane przez nasz wartości, mają tu decydującą rolę. Zdarza się, że mamy szczęście obcować z dobrem od dzieciństwa, ale czasem nie mamy dobrego oparcia, poczucia bezpieczeństwa i kierunkowskazów i wtedy odnajdywanie się w świecie jest znacznie trudniejsze. O tym zmaganiu się z niemocą pojęcia zjawisk panujących na świecie mówi też wiersz „Natchnienie”, który szczególnie lubię i który powstał naprawdę bardzo dawno temu, niemal zaraz po tym, jak Piotr Skrzynecki, poznał mnie z Michałem Zabłockim, czyli w latach dziewięćdziesiątych. Wtedy też szukałam dla siebie odpowiednich tekstów i chodziłam na wieczory autorskie poetów i wsłuchiwałam się w ich twórczość. Właśnie dzięki temu poznałam Krzysztofa Sikorę, który przepięknie opisał odbieranie świata poprzez wszelkie stworzone na ziemi zjawiska. Również w tamtych czasach poznałam Kamila Śmiałkowskiego, autora „Ulicy Rajskiej”, opowiadającą poruszającą historię dwojga ludzi, których losy wpisane były w czas II. Wojny Światowej i nie miały szczęśliwego zakończenia. Losy Papieża Polaka, także były naznaczone bardzo mocno piętnem wojny, wpłynęły na jego życiowe decyzje i dlatego w koncercie nie mogło zabraknąć tej historii. Jest jeszcze jeden ważny poeta, którego wiele tekstów zamieniłam w piosenki. Pochodzimy z tego samego miasta, z Sosnowca, ale połączył nas Kraków i Artyści Piwnicy pod Baranami, którzy śpiewali jego wiersze z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza. Włodzimierz Dulemba, bo o nim mowa, podarował mi, między innymi, „Miriam” i „Hosannę”, pierwsza stała się częścią mojego koncertu świątecznego „Święta robota”, natomiast druga trafiła do „Domu na Skale”.

agnieszka-chrzanowska-3-fot-marcin-brzozka

Agnieszka Chrzanowska fot. Marcin Brzózka

Arkadiusz Kałucki: Słowa: sen, drzewo, świt, cień, wiatr, droga, kwiaty są bardzo wyraźnie obecne w tekstach, które śpiewasz. Proszę powiedz o każdym z nich co dla Ciebie znaczą.

Agnieszka Chrzanowska: Od zarania dziejów elementy natury inspirowały człowieka. Żywioły i zjawiska ziemskie były zawsze obecne w kulturze i religii, miały swoje miejsce i znaczenie, odgrywały rolę. To wszystko co nas otacza jest momentami zachwycające, momentami groźne. Czasem stare drzewo dając cień ratuje nas przed upałem a czasem wzburzone morze przeraża podróżników. W życiu szukamy poczucia stabilności i oparcia, dlatego symbole siły i mądrości pojawiają się w moich piosenkach częściej. Kwiat to oczywiście miłość, czyli emocje, natomiast symbol zmian, to wiatr. Wszystko jak w naturze. Świt zawsze wiąże się z nadzieją a droga z naszym losem, który czasem jest nierealny i zaskakujący jak sen.

Arkadiusz Kałucki: Premiera piosenki „Niebo ciągle nade mną” odbyła się podczas tegorocznych światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Czy Marco Lo Russo też był obecny? Pytam o niego, bo on też z tobą współpracuje od dłuższego czasu.

Agnieszka Chrzanowska: Czerwiec i lipiec tego roku, był dla mnie bardzo wymagającym momentem. W czerwcu, w ramach krakowskiej Nocy Jazzu, odbywała się premiera nowego koncertu „Jazz Fair Play by Marco Lo Russo & Agnieszka Chrzanowska”, w tym samym czasie przygotowywana była płyta „Dom na Skale. Live in Wadowice”, odbywały się zdjęcia do teledysku z piosenką „Niebo ciągle nade mną” i trwały przygotowania do międzynarodowej wersji koncertu „Dom na Skale”, w ramach Cracovia Sacra, oraz do występu na Błoniach w ramach Światowych Dniach Młodzieży, a także pod Wawelem na scenie Narodowego Centrum Kultury. We wszystkich niemal tych wydarzeniach Marco brał udział. Współpracowaliśmy od kilku lat i zagraliśmy wspólnie wiele koncertów, w tym ten na Kapitolu w Rzymie, który zainicjował mój menadżer Michał Jedynak. Marco zagrał rolę w dwóch moich teledyskach i można go usłyszeć w piosence „Nostalgia i Ty”, która znajduje się na ostatnim studyjnym moim albumie, oraz w piosence „Obecny narzeczony”, która jest częścią albumu napisanego przeze mnie dla Artura Gotza. Płyta nosi tytuł „Mężczyzna prawie idealny” i nie muszę dodawać, że zagrał także rolę w teledysku realizowanym do tej piosenki przez Artura Gotza. Z tych wszystkich powodów obecność Marco była obowiązkowa.

agnieszka-chrzanowska-2-fot-marcin-brzozka

Agnieszka Chrzanowska fot. Marcin Brzózka

Arkadiusz Kałucki: Ktoś kto będzie chciał posłuchać twojej nowej płyty, to wg Ciebie może odnaleźć w niej „swoją mleczną drogę” czy „cień drzewa”?

Agnieszka Chrzanowska: Zdaję sobie sprawę, że ten album wymaga od słuchacza koncentracji, ale mam nadzieję, że jeśli ktoś zechce wysłuchać całej wypowiedzi, od początku do końca wraz z tekstami prozą, to odczuje coś w rodzaju spokoju. Każde przeze mnie wybrane zdanie, cieszy mnie, ze względu na swój przekaz. Podczas koncertu odczuwając z różnych powodów niepokój, odzyskiwałam równowagę. Niektóre frazy są proste i oczywiste, jednak niezwykle potrzebne. Wszystko, co zebrałam na tej płycie, służy odnalezieniu harmonii, pogodzeniu się i docenieniu tego kim jesteśmy i tego co nas otacza. To jest nierozłączne z głębokim odczuciem szacunku do siebie i wszelkiego stworzenia. Jeśli możemy się unieść nad naszą złość, to życie może być naprawdę piękne. Bez krzywdzenia samych siebie i innych. To wymaga świadomości związanej w własnymi wyborami i wiarą, że nasza „Mleczna droga”, będzie zawsze sprzyjała naszemu wewnętrznemu rozwojowi i byciu w zgodzie z sobą, natomiast jeśli się zagubimy, zwątpimy, osłabniemy, to znajdzie się „Cień drzewa”, gdzie odpoczniemy i odnajdziemy siły na dalszą drogę.

Arkadiusz Kałucki: Minął już ponad rok od nagrania koncertu w Bazylice Ofiarowania Najświętszej Marii Panny w Wadowicach. Koncert odbył się też w Rzymie. Emocje minęły czy nadal żyjesz tym wydarzeniem, bo to jest moim zdaniem bardzo ważna płyta w twojej dyskografii jak i w biografii.

Agnieszka Chrzanowska: W styczniu 2016, w Piwnicy pod Baranami, odbył się mój Imieninowy Koncert Jubileuszowy, który zainaugurował cały cykl wydarzeń związanych z dwudziestoleciem pracy na scenie. To był dla mnie bardzo miły wieczór, ponieważ przybyło mnóstwo przyjaciół i biesiadowaliśmy, ale też wzruszający, ponieważ Jan Guntner odsłonił moje fotografie z Piotrem Skrzyneckim, które zrealizował w 1996 roku, po moim recitalu, zapowiadanym przez Piotra, Marek Wachowicz. Klisze przetrwały na i zostały cudownie odnalezione. Wtedy nie wiedziałam, że rok będzie obfitował w więcej cudów. Odnalazł się także drugi zarejestrowany przez Piwnicznego Kronikarza, Wojciecha Morka, koncert zapowiadany przez Piotra, dzięki temu mój najbliższy koncert w Piwnicy 17 grudnia, znów zapowie Piotr, tym razem z ekranu, a ja wystąpię w tej samej sukni co wtedy, dwadzieścia lat temu. Ona jest dla mnie wyjątkowa, bo artystka i projektantka, Jagoda Kursa, wymalowała na niej tekst piosenki „Zbłąkany list”, do której słowa napisał Tomasz Adamski. Natomiast prawdziwym cudem jest wydanie albumu „Dom na Skale. Live in Wadowice”, w takiej formie, z kadrami Marcina Brzózki, zrealizowanymi w czerwcu tego roku na Skałce, gdzie przecież była premiera tego koncertu, i w takim niezwykłym czasie. Gdybym chciała to wszystko zsynchronizować i zaplanować, tak jak się to ułożyło, z pewnością by się to nie udało. I jest swoiste podsumowanie drogi i czasu, który przeminął, jest klamrą, która zamyka etap przemyśleń, wydobywa tematy, które zawsze były mi bliskie i wypełniały mi głowę i stanowi bazę, do której zawsze mogę się odwołać. Po latach nie pamięta się dokładnie procesu myślowego, ani elementów związanych z powstaniem tekstu czy muzyki, ale energia, którą się włożyło w każde słowo i dźwięk tam została. Ta płyta to archiwum emocji.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Agnieszka Chrzanowska: Również dziękuję bardzo 🙂

New Message – wywiad (18.10.2016 r.)

new-message-materialy-prasowe-3

New Message (materiały prasowe)

Można zarekomendować ich tak: Trzej przyjaciele z boiska „muzycznego” Przemek Szczotko (vocal), Stanisława Zimniewicz (perkusjonalia) i Stanisław Żaczek (gitary) wdrożyli w życie projekt New Message w 2013 r. Dziś w nasze ręce trafia ich debiutancki krążek pt. „Przestrzenie”(wyd.MJM Music PL) nagrany w poszerzonym juz składzie o Bartka Wilka (perkusja) i Alberta Bezdziczeka (instrumenty klawiszowe). Muzyka pop z elementami zaczerpniętymi z szeroko rozumianego „world music” to niewątpliwie atrakcja premierowego wydawnictwa. Obszerniej na temat płyty panowie z zespołu wypowiadali się w mojej audycji „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM, ale taka krótka rozmowa na moim blogu również jest interesująca 🙂 Miłej lektury 🙂

Arkadiusz Kałucki: Zespół New Message powstał w 2013 r. w Zielonej Górze i liczył sobie trzy osoby – Ty, Stanisław Żaczek, Stanisław Zimniewicz. Co zdecydowało, że dołączyło do was kolejnych trzech muzyków?

Przemysław Szczotko: To była zwykła kolej rzeczy. Ten projekt muzyczny zakładał szerokie instrumentarium ze względu na kompozycje, które powstawały. Zawsze chcieliśmy grac duże koncerty w pełnym składzie.

Arkadiusz Kałucki: Debiutujecie z płytą „Przestrzenie”, która muzycznie osadzona jest w stylistyce pop z elementami world music. To jest wypadkowa waszych doświadczeń muzycznych czy pomysł na potrzebę płyty, albo wypełnienie luki na rynku muzycznym?

Przemysław Szczotko: Zdecydowanie wypadkowa, a raczej konsekwencja naszej przyjaźni. Stworzenie materiału nie sprawiało większej trudności, ale zawarcie w utworach części siebie, to już było trudniejsze. Według mnie muzyka sama w sobie nie posiada większej wartości. Dopiero w połączeniu z ludzkim uchem, dusza, sercem znajduje swój właściwy kształt.

new-message-materialy-prasowe

New Message (materiały prasowe)

Arkadiusz Kałucki: W warstwie tekstowej utwory opowiadają o różnych obszarach miłości. Tych jasnych i ciemnych stronach. Rozliczasz się z przeszłością?

Przemysław Szczotko: Raczej podchodzę do niej z szacunkiem i ją opisuję. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mądrość to umiejętność rzetelnego czytania życia. Nie robię więc nic innego. Czasem umieszczam w nich symbole, czasem okrawają o pewnego rodzaju nawoływanie: „…lecz pomyśl teraz… każdy z nas żyje tu tylko raz. Jedno niebo nad tobą i mną. Każdy z nas chociaż ma własny plan, w końcu razem tworzymy ten świat”. Zawsze przelewam dany temat przez siebie. Szukam prawdziwych emocji i przede wszystkim pytam sam siebie, czy to jeszcze jest codzienność.

Arkadiusz Kałucki: Na okładce płyty „Przestrzenie” widać kilka ważnych symboli, które nawiązują do tekstów waszych piosenek np. balon, butelka z listem, luneta. Proszę Ciebie o wyjaśnienie ich znaczenia w kontekście płyty, bo jest sporo skojarzeń.

Przemysław Szczotko: Cała symbolika okładki odnosi się do przestrzeni. Te przestrzenie są naprawdę różne, tak jak różni są ludzie. Sięgnę jednak do przestrzeni, która jest mi najbliższa, to przestrzeń mojego i twojego ego. Jest to czasem tak ogromna, a czasem tak mała przestrzeń w nas. Jest jedna bardzo ważna wiadomość ukryta w tej butelce, ze te przestrzenie naszego ego można powiększać. W jaki sposób? Jest jedno narzędzie, którym jest MIŁOŚĆ. To miłość zmusza nas do wykroczenia poza granice siebie i bycia dla kogoś.

new-message-materialy-prasow-e2

New Message (materiały prasowe)

Arkadiusz Kałucki: W teledysku „Tam i z powrotem” udział wziął Wojtek Kamiński z kabaretu Jurki, nota bene wasz ziomal. A jeszcze trzeba dodać, że on już grał w videoclipie Renaty Przemyk razem z Joanną Kołaczkowską. Jak tutaj doszło do waszej współpracy, bo klip jak i nagranie jest z lekkim przymrużeniem oka.

Przemysław Szczotko: Dobrze, że ta piosenka powoduje przymrużenie oka 🙂 Taki był zamiar tego klipu, aby przenieść widza w świat trochę abstrakcyjny, ale utkwiony w pewnej symbolice i przenośni. Wojtek w tę konwencję wpisał się doskonale jako, że jest świetnym aktorem, kabareciarzem i jednocześnie poważnym tam gdzie nim trzeba być. Także jego znana „morda” dodaje prestiżu 🙂 To fajny kumpel.

Arkadiusz Kałucki: Jaki kolejny cel wyznaczyliście sobie po premierze płyty? Występ na festiwalu w Opolu, kolebce polskiej piosenki czy to jeszcze za wcześnie dla was i musicie nabrać doświadczenia i pewności siebie?

Przemysław Szczotko: Pewność siebie to rzecz bardzo płynna i dynamiczna więc na nią jest zawsze czas. Arku tyle nam się dobrych i zaskakujących rzeczy przydarza, że nie mamy większych wymagań za wyjątkiem zawalenia się koncertami. Spotkanie z drugim człowiekiem na fali naszej muzyki, to coś, czego teraz pragniemy.

Arkadiusz Kałucki: Jakie są wasze oczekiwania po tej płycie?

Przemysław Szczotko: Chcielibyśmy spotkać muzycznie się z jak najszerszą publicznością poprzez rozgłośnie radiowe, telewizję i koncerty 🙂

Arkadiusz Kałucki: Dzięki wielkie za rozmowę 🙂

Przemysław Szczotko: Również dziękuję:)

 

Video – wywiad (10.10.2016 r.)

video-fot-karol-grygoruk

Video fot.Karol Grygoruk

Grupę Video wszyscy doskonale znamy z przebojów m.in. „Idę na plażę”, „Soft”(z gościnnym udziałem Ani Wyszkoni), „Papieros” czy „Fantastyczny lot”. Mają na swoim koncie albumy „Video gra” (2008 r.), „Nie obchodzi nas rock” (2011 r.) a ten ostatni „Doskonale wszystko jedno” ukazał się w 2015 r. To z niego pochodzą kompozycje „Wszystko jedno”, „Ktoś nowy” i „Alaya 2016” również ciepło przyjęte przez stacje radiowe. Z wokalistą, autorem tekstów i jednym z założycieli zespołu Video Wojciechem Łuszczykiewiczem kilkanaście tygodni temu miałem przyjemność i zaszczyt rozmawiać w moim programie „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM, natomiast dziś Wojtek udzielił mi wywiadu na blog „warto Posłuchać” 🙂 Temat nie może być inny jak aktualnie promowany krążek „Doskonale wszystko jedno” 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Płyta „Doskonale, wszystko jedno” to jest twoje rozliczenie z przeszłością?

Wojciech Łuszczykiewicz: Nie myślę tak o tym. Raczej spojrzenie w przyszłość. Zarówno artystycznie jak i emocjonalnie. Każda nowa płyta jest dla mnie – z punktu widzenia tekściarza – okazją do sięgnięcia po środki wyrazu, których wcześniej nie wykorzystałem. Podobnie merytorycznie – każda nowa piosenka to możliwość opowiedzenia historii, której jeszcze przed chwilą nie miałem pod ręką.

Arkadiusz Kałucki: Sporo w warstwie tekstowej jest huśtawki nastrojów. Śpiewasz o upływającym czasie, pojawia się niepokój wewnętrzny. Boisz się?

Wojciech Łuszczykiewicz: Nie tyle boję, co jestem przerażony 🙂 Jest taki ładny cytat z piosenki Doktora Hackendbusha: “o ku*wa mać, jak zap*#$+^ala czas”. I to, nie przymierzając, był dla mnie lejtmotyw tej płyty. Stąd moim celem nadrzędnym jest codzienna nuda. Kiedy się nudzę, czas płynie pozornie wolniej. A huśtawki nastrojów są dla mnie chlebem powszednim. Jestem niestabilny intelektualnie 🙂

Arkadiusz Kałucki: Melodyjny pop-rock jaki zawarliście w 11 utworach to znak rozpoznawczy grupy Video. I to jest pewnego rodzaju zmiana w porównaniu z poprzednimi albumami, które moim zdaniem miały w sobie więcej impetu i pazura.

Wojciech Łuszczykiewicz: Na pewno tak było. Pierwszy krążek to paczka kolesi, która wpada na imprezę, przejmuje sprzęt grający i puszcza muzykę jak najgłośniej się da, żeby wkurzyć sąsiadów. “Doskonale Wszystko Jedno” to już bardziej goście, którzy na tej samej imprezie puszczają innym swoje ulubione kawałki. Obie opcje mają swoje plusy 🙂 Nigdy nie chciałem kopiować poprzednich pomysłów. Bardziej interesuje mnie ciągłe zaskakiwanie samego siebie. Na szczęście Marek Kisieliński, z którym obecnie piszemy piosenki dla Video, ma podobne podejście. To gwarantuje nam ciągły progres.

Arkadiusz Kałucki: Na płycie jest jeden zaproszony gość i to nie byle jaki – Jan Borysewicz(Lady Pank). Proszę powiedz o kulisach współpracy z człowiekiem, na którego kompozycjach wychowało się kilka pokoleń.

Wojciech Łuszczykiewicz: Historia prosta jak u Bahdaja. Nasz ówczesny manager skontaktował nas z Janem w celu spełnienia szczeniackich marzeń i nagrania wspólnej piosenki. Okazało się, że Jan jest wspaniałym chłopakiem: otwartym, szczerym i nadzwyczaj ciekawym. Przebywanie z Janem to jak oglądanie najciekawszych części Tolka Banana – przygoda goni przygodę, historia rodzi kolejną. Ostatecznie otrzymaliśmy od Jana Bo cztery kawałki i solówkę, którą nagrał własnoręcznie. Będę miał co opowiadać wnukom 🙂

video-2-fot-karol-grygoruk

Wojciech Łuszczykiewicz(wokalista Video) fot. Karol Grygoruk

Arkadiusz Kałucki: Czy jesteś w takim miejscu swojej kariery, że już ci jest „doskonale” czy „wszystko jedno”?

Wojciech Łuszczykiewicz: Jest mi Doskonale Wszystko Jedno. I na tym to właśnie polega, że nic mnie kompletnie nie obchodzi, poza moją rodziną, moim domem i moimi myślami. Ten stan zobojętnienia na nic nie znaczące głupoty jest moją nirwaną. Długo uczyłem się nie reagować na rzeczy, na które nie mam wpływu lub na sprawy, które zwyczajnie mnie nie dotyczą. Jeszcze nad tym pracuję, ale jestem już w formie olimpijskiej.

Oczywiście łgałbym twierdząc, że nie interesuje mnie reakcja publiczności na moją twórczość. Ale nie jest ona celem samym w sobie. Mogę jedynie zrobić wszystko jak najlepiej potrafię i sprawdzić końcowy efekt.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy jesteście w trasie koncertowej i stajesz na scenie, to kto jest waszym odbiorcą? Do kogo kierujecie swoje piosenki?

Wojciech Łuszczykiewicz: Do każdego kto chciałby podzielić się z nami swoim intelektem, wrażliwością i emocjami. To jak gra w tenisa: my do Was, Wy do nas. Na tym polega budowanie ciekawych relacji ze swoimi fanami i na tym opiera się cała zabawa. Jednocześnie unikamy celowania w określoną grupę odbiorców. To nie ma absolutnie żadnego sensu. Mamy taką zasadę z Markiem: kiedy nagrywamy jakąś piosenkę, sprawdzamy czy działa na własnych organizmach. Jeśli pojawia się gęsia skórka, wiemy że mamy coś, czym chcielibyśmy się podzielić.

Arkadiusz Kałucki: Jeżeli spotkamy się za 50 lat, to co byś chciał żeby było mówione o Tobie i zespole Video?

Wojciech Łuszczykiewicz: O, jeszcze żyją. I chyba wyglądają lepiej… 😉 Dziękuję za rozmowę.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Monika Lewczuk – wywiad (6.10.2016 r.)

monika-lewczuk_small-fot-anna-powierza

Monika Lewczuk fot. Anna Powierża

Monika Lewczuk uczestniczka V edycji programu telewizyjnego The Voice of Poland była w drużynie Marka Piekarczyka. Swoje kolejne przetarcie do dorosłej kariery miała z raperem 2sty i utworze „Spokój” oraz przedstawicielem klubowych brzmień Feverem, który zaprosił ja do nagrania „Wild”. Rok 2015 przynosi nam jej debiutancki singiel „Tam Tam” oraz drugą odsłonę z debiutanckiej płyty „Zabiorę Cię Stąd”. Wyczekiwany premierowy krążek w karierze Moniki Lewczuk nosi tytuł „#1” i ukazał się 17.06.2016 r., z którego poznaliśmy kolejny singiel i już można powiedzieć, że przebój „Ty i Ja”. Monika Lewczuk była już gościem w mojej audycji „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM, a dziś tu na moim blogu opowiedziała o tym całym procesie twórczym przy albumie „#1″(wyd. Universal Music).

 

Arkadiusz Kałucki: Dzień przed ukazaniem się twojej debiutanckiej płyty „#1” otrzymałaś ”Złotą Płytę” za singiel „Tam tam”. Nie można sobie lepiej wymarzyć takiego debiutu?

Monika Lewczuk: Tak, to prawda. Już sama premiera albumu była dla mnie i reszty zespołu nie lada wydarzeniem i nikt zupełnie nie spodziewał się tego, że połączy się ona z przyznaniem nam złotej płyty za pierwszy singiel! Wzięliśmy to za dobrą monetę 🙂

Arkadiusz Kałucki: Dziesięć utworów utrzymanych w stylu pop z subtelnym nawiązaniem do brzmień klubowych to twój pomysł na siebie w branży muzycznej? Czy razem z Rafałem Malickim wypracowaliście kompromis? Jak wyglądała współpraca?

Monika Lewczuk: Nasza współpraca z Rafałem od samego początku była bardzo partnerska. Jeszcze zanim się poznaliśmy, dobrze wiedziałam w jakiej stylistyce Rafał się czuje najlepiej i bardzo chciałam z nim pracować. Kiedy więc pojawiła się taka możliwość, byłam megaszczęśliwa, a już pierwsze spotkanie pokazało, ze jest ku temu duży potencjał, bo od razu złapaliśmy nic porozumienia. Myślę, ze trafiliśmy na siebie w bardzo dobrym momencie, bo nasze inspiracje się wtedy idealnie wypełniły. Do tego obydwoje jesteśmy bardzo pracowici i zaangażowani, wiec włożyliśmy w ta płytę naprawdę dużo serca i energii.

Arkadiusz Kałucki: Słuchając tekstów na Twojej płycie „#1” odnoszę wrażenie, że jest ona bardzo dziewczęca.

Monika Lewczuk: Wydaje mi się, że jest w tym dużo prawdy, bo chyba taka właśnie jest moja natura : trochę dziewczęca, trochę kobieca. Pisząc teksty, starałam się w nich zamknąć stany, w których się znajdowałam- jednym razem była to fascynacja miastem i jego rytmem, innym tęsknota za bliska osobą, a jeszcze innym chęć rzucenia wszystkiego i doświadczenia zupełnej zmiany. Jedno jest pewne- każdy z tych tekstów wyszedł w 100% z emocji, w jakich sama byłam, dzięki czemu z każdym z nich mogę się utożsamiać.

monika-lewczuk-1-fot-anna-powierza

Monika Lewczuk fot. Anna Powierża

Arkadiusz Kałucki: Czy był pomysł aby na płycie znalazł się duet? Na przykład z Sarsą?

Monika Lewczuk: Nie przypominam sobie, żeby pojawił się jakiś pomysł duetu – raczej skupialiśmy się na własnych pomysłach.

Arkadiusz Kałucki: Twoje inspiracje muzyczne np. Years & Yeats, Tove Lo, Ellie Goulding są stałe czy ciągle się zmieniają?

Monika Lewczuk: Stale się zmieniają, chociaż są artyści, do których zawsze lubię wracać – ostatnio są to przede wszystkim Amy Winehouse, Adele, Lana del Rey, czy Dawid Podsiadło.

Arkadiusz Kałucki: Autorami tekstów są m.in. Sarsa, Dominika Barabas, Jacek Szymkiewicz czy Ty. To była dla Ciebie trudna lekcja?

Monika Lewczuk: Zaczynając prace nad płytą, nie sądziłam, że będę w stanie sama napisać większość tekstów. W zasadzie, w ogóle nie uważałam się osoba do tego kompetentna, dlatego przez długi czas szukaliśmy autorów tekstów z zewnątrz. W pewnym momencie, kiedy mieliśmy już ponad połowę materiału muzycznego i ani jednego tekstu, postanowiłam podjąć wyzwanie. Okazało się, że nie wychodziło mi to najgorzej i tak, z mniejszą, bądź większą pomocą z zewnątrz udało nam się stworzyć wszystkie teksty.

Arkadiusz Kałucki: Wiem jak bardzo wyczekiwałaś tego momentu, żeby mieć w swoich rękach debiutancką płytę. Domyślam się, że teraz ekscytujesz się nadchodzącymi koncertami? Może zdradzisz kilka szczegółów?

Monika Lewczuk: Tak, faktycznie ostatnio coraz intensywniej wchodzimy w nowy etap, który z koncertu na koncert jest coraz bardziej ekscytujący. Każdy występ to nowe miejsce, nowi ludzie, okoliczności i nowa publiczność, którą musisz do siebie przekonać. Czasami się to całkiem udaje i wtedy jest ten stan euforii, którego nie da się niczym zastąpić – ludzie się cieszą i prawią Ci komplementy, a Ty masz satysfakcję, że chyba zrobiłeś coś fajnego, skoro tak na Ciebie reagują 😉

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

Monika Lewczuk: Też dziękuję! 🙂

Jula – wywiad (1.10.2016 r.)

jula-fot-kajus-w-pyrz

Jula fot. Kajus W.Pyrz

Jula czyli Julita Fabiszewska w swojej muzycznej biografii może pochwalić się występami na dwóch prestiżowych festiwalach w Polsce: w Opolu podczas 49 KFPP w konkursie „Premier” oraz TOPtrendy 2012 w koncercie „Trendy”. Ma na swoim koncie dwa albumy: „Na krawędzi” i „180 stopni”. Aktualnie jednym z najcześciej wyszukiwanych utworów w internecie jest jej najnowsza kompozycja „Milion słów”. To zwiastun trzeciego krążka wokalistki i autorki tekstów, która oprócz wywiadu radiowego do mojej audycji „Warto Posłuchać” w POP Radiu na 92,8 FM, podzieliła się wrażeniami z dotychczasowej swojej kariery na moim blogu. Zapraszam do lektury 🙂

Arkadiusz Kałucki: Czy kiedy ukazuje się twoje nagranie lub cała płyta, to dla Ciebie ważne jest pierwsze wrażenie drugiej osoby czy opinia po kilku przesłuchaniach?

Jula: Oczywiście pierwsze wrażenie jest ważne, jednak często bywa mylne. Za każdym odsłuchaniem naszą uwagę przykuwa coś innego. Dlatego też, liczę na to, że słuchacz poświęci mojej twórczości więcej czasu. Zastanowi się nad nią chwilę.

Arkadiusz Kałucki: Kiedy pracujesz nad nowym materiałem muzycznym na płytę np. tak jak teraz, ponosi Ciebie energia i wszystko robisz na żywioł czy jesteś zwolenniczką małych kroków, powoli do przodu?

Jula: Wszystko uzależnione jest od nastroju i przede wszystkim WENY 🙂 Nie lubię pracować pod presją czasu, to na pewno. Uwielbiam swobodę tworzenia. Napisanie utworu nigdy nie będzie dla mnie “mechaniczne”. Zdarzają się chwile, kiedy przychodzi mi do głowy pomysł, który natychmiast muszę urzeczywistnić 🙂 Tworzenie bywa szalone, dlatego nigdy nie będzie nudne! 🙂

jula-3-fot-kajus-w-pyrz

Jula fot. Kajus W.Pyrz

Arkadiusz Kałucki: Na Twoim ostatnim albumie „180 stopni”(2014 r.) jest kilka razy nawiązanie do poszukiwania własnej przestrzeni na życie. Ty już znalazłaś swoją przestrzeń czy jeszcze szukasz?

Jula: Są momenty, gdy siadam przy gorącej herbacie i zastanawiam się czy dobrze mi tu gdzie jestem. Jest dobrze, a nawet bardzo. Niezmiernie się cieszę, że moje życie krąży w tej chwili dookoła muzyki a tak naprawdę nią jest. Moja przestrzeń musi być jednak nieograniczona, pozwalać mi na swobodę. Czasami tak zwyczajnie potrzebuję się “wyłączyć”. Odpocząć, naładować akumulatory i odświeżyć spojrzenie na wszystko.

Arkadiusz Kałucki: Aktualnie podbijasz stacje radiowe i telewizyjne nowym nagraniem „Milion słów”. To piosenka o kobiecie, która jest tuż po rozstaniu i wcale nie jest załamana.

Jula: Rozstanie to dość trudny temat. Indywidualny. Znajdując się w tej sytuacji poprzeczkę emocjonalną mamy postawioną bardzo wysoko. Wszystko zależy od nas samych. “Milion słów” mówi o związku, który kobieta wielokrotnie próbowała ratować. Niestety bezskutecznie. Często w życiu zataczamy błędne koło. Zazwyczaj nie zauważamy, że to co nam pozostało to jedynie przyzwyczajenie. Boimy się zmian. Starałam się, by tym razem potoczyło się to inaczej. W mojej historii kobieta, podejmuje decyzję, której jest pewna. Zna swoją wartość. Stawia pierwszy krok, tym samym zmuszając drugą stronę do tego samego. Pragnie ruszyć dalej, nie patrząc za siebie. Łatwiej nam zrezygnować, gdy nasza “połówka” wyrządziła nam zbyt wiele krzywd. Ważne, by nie palić za sobą mostów, rozstać się z klasą. Nie mówię o przyjaźni, choć to również się zdarza, jednak najważniejsze by nie pozostała między nami czysta nienawiść. Tego życzę wszystkim, którzy muszą się zmierzyć z tym ciężkim dla nas wyzwaniem.

jula-2-fot-kajus-w-pyrz

Jula fot. Kajus W.Pyrz

Arkadiusz Kałucki: Teledysk do nowej kompozycji nagrywany był w Krakowie. Dlaczego akurat tam i kto oprócz Ciebie w nim występuje?

Jula: Ekipa filmowa prowadzi swoją działalność na terenie Krakowa, dlatego też właśnie tam musiałam się udać. Oczywiście bardzo się z tej wiadomości ucieszyłam, ponieważ Kraków jest przepięknym miastem 🙂 Dawno mnie tam nie było. Na planie teledysku towarzyszył mi Mateusz “Góral” z programu “Top model”. Cieszę się z tej współpracy, ponieważ uważam ją za udaną. Mateusz jest fajnym, ciepłym człowiekiem, z którym szybko nawiązałam kontakt. A efekty możecie zobaczyć sami 🙂

Arkadiusz Kałucki: Stylistyka pop, pop-rock jest obecna na obu Twoich płytach „Na krawędzi” i „180 stopni”. Czy nowy krążek też będzie utrzymany w podobnych brzmieniach? Tytuł już masz? Kiedy premiera?

Jula: Mam przygotowane dema utworów, które nie są “ubrane” w jakąkolwiek całość. Jest za wcześnie, by rozmawiać o brzmieniu i klimacie, ponieważ wszystko może się jeszcze wielokrotnie zmienić. Wiem to po prostu z doświadczenia, które zdobyłam przy dwóch poprzednich płytach. W związku z powyższym tytuł płyty to jeszcze bardziej odległy dla mnie temat 🙂 Spokojnie pracuję nad płytą, której możecie się spodziewać prawdopodobnie w pierwszej połowie przyszłego, 2017 roku 🙂

Arkadiusz Kałucki: Oprócz zdrowia czego Tobie życzyć na nadchodzące miesiące?

Jula: Przede wszystkim weny :)! Za to będę ogromnie wdzięczna 🙂

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

Jula: Również dziękuję! 🙂

Batalion D’Amour – wywiad(29.09.2016 r.)

 

batalion-damour-4-fot-brom

Batalion D’Amour fot.Hektor Werios, Opracowanie graficzne: Hektor Werios, Adrian Zieliński, Foto Brom

Batalion d’Amour to polski zespół rockowy założony w 1989 roku w Skoczowie. Grupa inspirowała się rockiem gotyckim i dark wave, co znalazło swoje odzwierciedlenie w muzyce zespołu i sprawiło, że stał się on jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów gotyckich w Polsce. Czas teraźniejszy przynosi nam szósty studyjny album zespołu pt. „Fenix”. Pierwszy singiel promujący płytę „Fenix” to „Charlotte”. Jest też remix do kompozycji „Charlotte”. Autorem remixu, jak i teledysków jest Paweł Penarski, który tworzył już remixy dla Shakiry czy Ellie Goulding. Z wokalistką Karoliną Andrzejewską przy okazji wywiadu dla POP Radia 92,8 FM i programu „Warto Posłuchać” porozmawiałem na temat nowego materiału muzycznego i jej obecności w zespole 🙂

Arkadiusz Kałucki: Płyta „Fenix” to szósta w dyskografii zespołu a druga z Twoim udziałem. Słuchając jej zauważyć można pewną ewolucję muzyczną, która wyzwala was z szufladki pt. „rock gotycki”.

Karolina Andrzejewska: Można powiedzieć, że szufladka została już lekko wysunięta wcześniej, gdyż w naszej muzyce zawsze przejawiał się eklektyzm gatunków. Tym razem wysuwamy ją jeszcze bardziej i układamy w niej elementy naszej muzyki, o niejednym charakterze stylistycznym, dzięki czemu płyta jest bardziej uniwersalna i jest dedykowana każdemu słuchaczowi, a w szczególności tym słuchającym rocka. Już sam tytuł naszego nowego albumu „Fenix” symbolizuje odrodzenie, dobrą energię, kreatywność i siłę – nie przez przypadek, gdyż powrót po latach na scenę muzyczną w naturalny sposób musi zaowocować burzą emocji, która przez lata nie znajdowała ujścia. Inspiracją albumu stały się różne sytuacje życiowe – każdy utwór opowiada inną historię, niesie ze sobą odmienne emocje, porusza inne problemy często zaczerpnięte z naszej rzeczywistości, które dotknęły lub dotykają każdego człowieka. Mamy głęboką nadzieję, że zarówno fani, jak i nowi odbiorcy poczują tą energię i odnajdą w naszej muzyce i tekstach cząstkę siebie. Płyta zawiera 11 utworów oraz bonusy. Utwory są melodyjne, a styl, który obecnie prezentujemy, to jak zwykle eklektyzm gatunków, którymi inspirujemy się na co dzień, przeplata się tu bowiem artrock z alternatywą, synthrockiem, czy progresywnymi, gotyckimi klimatami, mamy nadzieję, że ta mieszanka będzie miła dla uszu i że, ludzie słuchający muzyki popularnej również zapoznają się z naszym materiałem, do czego serdecznie zachęcam. Wierzymy bowiem, że muzyka tego typu może znaleźć szerokie grono odbiorców. Ocieramy się o stylistykę, której byliśmy wierni przez lata. Jest jednak inaczej, ta inność polega nie tylko na brzmieniu, ale i emocjach, zdarza się, że czas staje się naszym przyjacielem, obfituje w różne szczęśliwe zbiegi okoliczności, bardzo emocjonalne momenty. Tak było i tym razem. Uchwyciliśmy te chwile jak w obiektywie i przelaliśmy na papier, zmieniając uczucia i myśli w dźwięki. Wierzę głęboko, że zarówno pierwszy singiel „Charlotte”, jak i przynajmniej kilka innych utworów z nowej płyty wkradnie się do serc ludzi. Produkcją albumu zajął się zespół, ja z kolei stałam się kierownikiem tejże produkcji, jak i całego projektu, muszę jednak podkreślić nieoceniony wkład profesjonalnych i życzliwych ludzi, którzy pracowali nad brzmieniem płyty wraz z nami, a są to: Łukasz Migdalski, który zajął się miksami większości utworów, wkładając w nie całe serce, Adam Drzewiecki, u którego zrealizowałam nagrania ścieżek wokalnych i wraz z którym spędziłam wiele wieczorów dopełniając brzmienia utworów, pracując nad elektroniką i klawiszami oraz Mirek Wdowczyk, który wraz z Łukaszem Migdalskim zaopiekowali się masteringiem całej płyty. Jesteśmy bardzo wdzięczni za ich pasję i zaangażowanie. Pojawiają się na płycie również miksy Łukasza Pilcha, któremu również serdecznie dziękujemy za wkład, pomysły i współpracę w zakresie aranży. Wyrazy wdzięczności kierujemy również w stronę Jarka Huńki, z którym zrealizowaliśmy nagrania większości partii instrumentalnych.

Arkadiusz Kałucki: Na zarejestrowanym materiale muzycznym słychać kilku zaproszonych gości. Proszę powiedz o argumentach jakie przemawiały za tym, że właśnie oni dostali zaproszenie.

Karolina Andrzejewska: Na płycie „Fenix” pojawia się wielu gości, znakomitych muzyków, wokalistów, producentów i kompozytorów. Każdy z utworów ma swój indywidualny charakter. Już w trakcie realizacji nagrań pojawiła się w mojej głowie wizja współpracy z poszczególnymi artystami ze względu na charakter wybranych kompozycji, które według mojej koncepcji wręcz w naturalny sposób prosiły się o wzbogacenie obecnością tak wspaniałych wykonawców. Fakt, że przyjęli moje zaproszenie, bardzo ucieszył cały zespół i jeszcze bardziej zmotywował nas do dalszej pracy nad albumem. W utworze „Moje Remedium” towarzyszy mi charyzmatyczny Tomek Grochola z zespołu Agressiva 69, który swoim niskim, unikalnym głosem sprawił, że finalna wersja kompozycji odzwierciedliła mój pomysł na tą piosenkę. Już we wstępnej fazie pracy nad nią, byłam przekonana, że to właśnie Tomek powinien ją zaśpiewać, po prostu słyszałam to w mojej głowie zanim nagrał ścieżki wokalne. Kolejny duet, który udało mi się zrealizować, to utwór „The Lost Diary”, który zaśpiewałam wraz z niepowtarzalnym Johnem Porterem przy akompaniamencie Łukasza Belcyra, znanego z wielu znakomitych projektów gitarzysty. Był to dla mnie ogromny zaszczyt, szczególnie, że moje zaproszenie zostało przyjęte zaraz po wysłaniu utworu, który zresztą został przez Johna bardzo milo odebrany. Takie sytuacje dodają skrzydeł. „The Lost Diary” to bardzo osobisty utwór, który trzymałam w szufladzie przez lata, myśląc o jego rejestracji w przearanżowanej formie. Skomponowałam go wiele lat temu wraz z Piotrem Dawidem, a tekst powstał pod wpływem bardzo silnych przeżyć, które myślę przyczyniły się do powstania jednego z moich ulubionych utworów na tej płycie. Coraz intensywniej myślę również o nagraniu solowych utworów, a być może ta kompozycja stanie się bodźcem do zrealizowania takiego materiału. Na płycie pojawiają się również: doskonały pianista Adam Drzewiecki oraz Paweł „Gabriel” Miller, skrzypek Opery Wrocławskiej, którzy uświetnili swoją obecnością akustyczną wersję „Charlotte”. Muszę przyznać, że partie skrzypiec na płycie marzyły mi się od zawsze, to dowód na to, że marzenia się spełniają 🙂 Kolejnym gościem na płycie jest Łukasz Pilch, który oprócz miksów i współaranżacji, uświetnił 3 utwory z płyty zarówno elektroniką, jak i partiami gitarowymi. Utwór „Zaklęty” wypełnił swoim występem chór gospel z Krakowa Joyful Voice pod batutą Aleksandry Sławik. Autorem remiksu naszego pierwszego singla „Charlotte” stał się producent, DJ, reżyser filmowy, autor remiksów takich utworów jak „Rabiosa” Shakiry czy „Starry Eyed” Ellie Goulding – Paweł Penarski. Zrealizował on również dwa klipy do naszego singla, w tym do remiksu jego autorstwa. Jest to dla nas zaszczyt gościć tych wszystkich artystów na naszej nowej płycie, która otwiera kolejny rozdział w historii naszego zespołu.

Arkadiusz Kałucki: Rozstanie, chwila zauroczenia, niespełniona miłość, okłamywanie drugiej osoby w związku to tylko wybrane wątki płyty „Fenix”. Ale to również słowa wynikające z tych opowieści: ból, łzy, sny, szept, powieki etc. Większość tekstów jest Twojego autorstwa. Sama doświadczyłaś tego wszystkiego czy opisałaś to na podstawie obserwacji, historii twoich przyjaciół, znajomych?

Karolina Andrzejewska: To zupełnie naturalne, że teksty i muzyka w pewien sposób odzwierciedlają doświadczenia autora. Ukryta w nich energia jest wtedy autentyczna i buduje kanał pomiędzy odbiorcą i wykonawcą. Twórca powinien być jednak otwarty na świat i na otaczających go ludzi. Powinien umieć słuchać. Zawsze staram się czerpać nie tylko z własnych doświadczeń, ale i z przeżyć innych: znajomych, przyjaciół, czy przypadkowo poznanych ludzi. Inspiruje mnie codzienność, a w niej ukryte cenne chwile, które są bodźcem do pisania i tworzenia. Bardzo lubię też podróże, które pozwalają na zdystansowanie się do tego, co robimy na co dzień. To duża umiejętność, której ja sama się uczę i prawdopodobnie uczyć się będę przez całe życie. Ból – każdy z nas przeżywa trudne chwile, trudno byłoby je sztucznie wyeliminować z naszej egzystencji, ważne jest, aby umieć je przetrwać i czerpać z nich naukę, potrafią przecież inspirować do wielkich rzeczy. Łzy – ich katarktyczna siła pomaga nam wyraźniej widzieć rzeczywistość, dzięki temu oczyszczeniu możemy nabrać innego, świeżego spojrzenia na wiele spraw. Sny, marzenia – pozwalają nam patrzeć w przyszłość i stawiać sobie nowe cele. Szept – obecność bliskich i ich wiara w nasze działania motywuje i dodaje siły, która często jest kluczem do samorealizacji. Powieka – zbyt często przymykamy oczy na wiele problemów lub skrywamy w sobie lęki, które nas powstrzymują przed poczuciem szczęścia. To tylko część inspiracji, które przyczyniły się do powstania albumu „Fenix”.

karolina-andrzejewska-fot-hektor-werios

Karolina Andrzejewska(wokalistka Batalion D’Amour) Fotografia: Hektor Werios, Opracowanie graficzne Hektor Werios i Adrian Zieliński, Foto Brom

Arkadiusz Kałucki: Jak długo przebiegał proces twórczy całej płyty „Fenix”? Ile nagrań nie znalazło się albumie i czy ewentualnie wykorzystacie je na następnej płycie?

Karolina Andrzejewska: Koncepcja albumu kształtowała się w ciągu ostatnich dwóch lat, kiedy to zintensyfikowaliśmy prace nad płytą. Niektóre pomysły muzyczne powstały już wcześniej, inne rodziły się na bieżąco w studio nagrań. Spędziłam wiele godzin w studio wraz z Adamem Drzewieckim, aby ostateczny charakter utworów odzwierciedlał to, co zespołowi w duszy gra. Na płycie znalazły się wszystkie kompozycje, które przygotowywane były z myślą o nowym krążku. Zastanawialiśmy się nad umieszczeniem kolejnych nowo powstałych piosenek, doszliśmy jednak do wniosku, że tworzą one już inny rozdział, dlatego też najnowszy materiał, nad którym pracujemy, od jakiegoś czasu zostawiamy na przyszłość 😉

Arkadiusz Kałucki: Na krążku znajdziemy bonus tracki. Proszę o więcej szczegółów, bo jest też remiks klubowy(!).

Karolina Andrzejewska: Płyta „Fenix” zawiera 11 utworów oraz bonus tracki, na które składają się alternatywne wersje singla, a są to: polskojęzyczna wersja „Charlotte” wraz z wersją radiową, anglojęzyczna wersja singla, wersja akustyczna oraz remiks. Autorem ostatniego stał się Paweł Penarski, który zrealizował również drugi klip, tym razem do remiksu singla. Myślę, że taneczna odsłona „Charlotte” może towarzyszyć ludziom na imprezach i wywołać na parkiet nawet najbardziej opornych. Zanim jednak płyta ‘Fenix” ujrzy światło dzienne, a jej premiera już wkrótce – 4 listopada, można już nabyć nasz singiel wraz z bonusami w wersji cyfrowej. Ukazał się on 23 września, w dniu premiery teledysku.

batalion-damour-fot-hektor-werios

Batalion D’Amour Fotografia: Hektor Werios, Opracowanie graficzne: Hektor Werios i Adrian Zieliński, Foto Brom

Arkadiusz Kałucki: Teledysk do nagrania „Charlotte” to twój pomysł czy kwestie takie jak video-clip zostawiacie specjalistom?

Karolina Andrzejewska: Scenariusz do klipu promującego nasz pierwszy singiel „Charlotte” narodził się w mojej głowie rok temu, niedługo przed jego realizacją. Inspiracją stało się dla mnie kilka historii, które przelałam na papier, gdyż nie potrafię być obojętna na otaczające mnie problemy. Spędziliśmy na planie wiele godzin, wspierał nas zespół wspaniałych ludzi pełnych pasji: Izabela Sokół, Marcin Lewandowski, gospodarze Dworu Sieraków, współpracowali z nami również: Zbigniew Fulara, Żaneta Pawlak, jak i nasi znajomi aktorzy. Panowała wyjątkowa i profesjonalna atmosfera. Takie sytuacje uczą i motywują do dalszej pracy. Mimo zmęczenia towarzyszyła nam niepowtarzalna energia, ostatnie ujęcia zostały zrealizowane w świetle krwawego superksiężyca, może to jemu zawdzięczamy tą siłę 🙂 Wideoklip do naszego pierwszego singla „Charlotte” miał swoją premierę 23 września na portalu Orkus Magazin, i od tego momentu jest dostępny na kanale Youtube, zachęcamy więc wszystkich gorąco do słuchania i oglądania!

Arkadiusz Kałucki: Jesteś w zespole Batalion D’Amour od 2001 r. Czego nauczyłaś się w tym czasie od chłopaków a czego oni wg Ciebie nauczyli się od Ciebie?

Karolina Andrzejewska: Już podczas pierwszej próby wytworzyła się między nami nić porozumienia. Zaowocowało to koncertem już następnego dnia po pierwszym spotkaniu. Przepustką do Batalionu stał się utwór „Zombie” The Cranberries, i od tego momentu mam jeszcze większy sentyment do tej piosenki. Zagraliśmy go bezbłędnie, zupełnie tak, jak gdybyśmy grali ze sobą od dawna – było to naprawdę zaskakujące. Przez te wszystkie lata współpracy, wspólnego komponowania, tworzenia muzyki bardzo zbliżyliśmy się do siebie i w naturalny sposób zaczęliśmy się uzupełniać. Uczymy się siebie nadal i to jest piękne. Tak jak w związku 🙂 ciągle odkrywamy i dajemy się odkrywać, starając się, aby to, co robimy, było zgodne z nami i bliskie naszym fanom, odbiorcom naszej muzyki.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Natalia Moskal – wywiad(28.09.2016 r.)

 

natalia-moskal-fot-ula-mroz

Natalia Moskal fot. Ula Mróz

Natalia Moskal 22-letnia Lublinianka debiutowała na początku 2016 r. nagraniem „Foreign stranger”, które znalazło się na  EP’ce „Anguana”. O jej pomyśle na siebie w polskiej muzyce, inspiracjach, marzeniach i…przetłumaczonej książce jest mowa w poniższej rozmowie. Naturalnie Natalia była też moim gościem w programie radiowym „Warto Posłuchać” w POP Radiu na 92,8 FM 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Muzyka elektroniczna z lat 80 i 90’tych to są twoje obszary muzyczne, które ciebie aktualnie fascynują ? W nich najlepiej się odnajdujesz ze swoimi tekstami?

Natalia Moskal: Bardzo długo szukałam „siebie” i swojej muzycznej drogi. Ze mną jest taki problem, że czasami mam ochotę posłuchać opery, najlepiej „Madame Butterfly,” a czasami hiphopu. Długo nie mogłam się zdecydować na jeden nurt. 1,5 roku temu poznałam Łukasza Marona, paradoksalnie nie poprzez środowisko muzyczne, a przez wspólnych znajomych z mojego rodzinnego miasta. Spróbowaliśmy coś nagrać na próbę i tak już zostało do dziś. Prawie skończyliśmy nagrywać płytę w której wyraźnie słychać inspirację latami 80 i 90. Ostatni utwór, który nagraliśmy bardzo kojarzy mi się z „Gorączką sobotniej nocy.” Wspólnym mianownikiem wszystkiego jest jednak tzw „electropop.” Z tekstami natomiast jest tak, że najlepiej czuję się w tych, które piszę po angielsku, to przychodzi mi tak naturalnie. Na płycie jednak znajdą się też teksty polskie.

Arkadiusz Kałucki: Nagranie „Foreign stranger” promowało twoją pierwszą Ep’kę „Anguana”. To dość osobiste nagranie i bardzo emocjonalne.

Natalia Moskal: To prawda, chociaż prawda jest taka, że w żadnym z moich utworów tekst nie jest przypadkowy. Piszę o tym, co znam i co przeżywam, o tym co się dzieje, bo to według mnie najlepszy sposób, aby zachować autentyczność tego, co tworzysz.

Arkadiusz Kałucki: Przy wspomnianym nagraniu jak i Ep’ce współpracowałaś z utalentowanym Bartoszem Dziedzicem (m.in. Monika Brodka, Artur Rojek). Jak doszło do spotkania i jak dogadywaliście się w studiu? Pytam, bo tak na poważnie debiutujesz na scenie muzycznie a jak wiesz nie jest to takie proste.

Natalia Moskal: „Foreign stranger” został skomponowany dwa lata temu, kiedy pracowałam z Bartkiem Dziedzicem nad moim debiutanckim singlem. Wybraliśmy wtedy inny utwór, a „Foreign…” został wyprodukowany dopiero później przez wspomnianego wyżej Łukasza Marona, ale pracowałam z Bartkiem rok, a potem rok z jego bratem, Markiem Dziedzicem. To był czas bezcenny, obaj nauczyli mnie tak dużo muzyce, produkcji, komponowaniu, dzięki temu otworzył się mój umysł i zaczęłam więcej pisać sama. To była współpraca, która dała mi więcej, niż cokolwiek innego dotychczas. Nadal czasem o tym myślę i zastanawiam się nad tym dlaczego obaj zgodzili się pracować z wokalistką całkowicie nieznaną.

Arkadiusz Kałucki: Jay-Z, Kanye West, Royskopp, Massive Attack, Major Lazer to tylko przykłady artystów, którzy są dla Ciebie inspiracją dla twojej twórczości czy masz inny pomysł na siebie?

Natalia Moskal: Wszystkie, które wymieniłeś bardzo lubię i słucham, w zależności od nastroju. Czasem słucham jakiejś piosenki, która daje mi zalążek pomysłu na napisanie mojej własnej. I nie ma znaczenia, czy jest to Robyn, czy Andrea Bocelli. Póki co jednak chcę zostać przy electro-popie, to sprawia mi największą przyjemność i mam takie poczucie, że to właściwy kierunek.

natalia-moskal-2-fot-ula-mroz

Natalia Moskal fot. Ula Mróz

Arkadiusz Kałucki: Jesteś młodą kobietą, która chce i potrafi śpiewa. Natomiast od kilkunastu dni świat książki wzbogacił się o kolejny tytuł wydawniczy. I ty masz w tym ogromny udział. Proszę powiedz coś więcej, bo jest o czym mówi.

Natalia Moskal: Owszem, niedawno zaczęłam też swoją przygodę z przekładem literatury – przetłumaczyłam pierwszą z książek Esther Singer Kreitman, siostry braci Singerów (Isaaca Bashevisa Singera, który zdobył literacką nagrodę Nobla w  1978 r. oraz Israela J. SIngera). Książka ukaże się w całej Polsce 5 października nakładem wydawnictw FameArt oraz Teatr NN- Ośrodek Brama Grodzka, a dla osób, które uczestniczyły w prapremierze w Warszawie i Lublinie była również do nabycia ekskluzywnie. Wszystko dlatego, że moi rodzice pasjonują się literaturą żydowską, Któregoś razu trafiliśmy wspólnie na informację o nieżyjącej już siostrze Singerów i okazało się, że żadna z trzech książek, które wydała nie ukazała się w polskim przekładzie, choć autorka urodziła się w Biłgoraju. Skontaktowałam się więc z brytyjskim wydawcą, który jest właścicielem praw do jej dzieł, a ten zgodził się, abym przełożyła dzieła Kreitman na polski. Podpisaliśmy kontrakt i tak o to pierwsza z nich właśnie się pojawiła, jej tytuł to „Rodowód.” Jeszcze dwie przede mną! To naprawdę niesamowita historia. Miałam nawet okazję poznać wnuczkę Ester Kreitman, a siostrzenicę I. B. Singera – Hazel Karr. Pojechałam do Paryża, gdzie mieszka, aby przeprowadzić z nią wywiad, którego fragment ukazał się razem z książką. Rzeczywiście, trzeba być trochę molem książkowym, żeby podjąć się przekładu, ale udało się, dostałam też wsparcie od rodziny i wydawców, którzy pomogli mi w wydaniu „Rodowodu”.

Arkadiusz Kałucki: A chciałabyś przetłumaczyć biografię jakiegoś artysty? Jeśli tak to jakiego i dlaczego tego?

Natalia Moskal: Chciałabym napisać biografię Ester Singer Kreitman, bo takowa nie istnieje. Muszę najpierw poświęcić czas przekładowi jej dzieł, ale mam to w planie 🙂 była zbyt dobrą pisarką i zbyt ciekawą postacią, aby taka biografia nie powstała.

Arkadiusz Kałucki:Na koniec zapytam o teledyski do twoich nagrań. To bardzo ładne obrazy w sam raz na konkursy. Czy mylę się bardzo?

Natalia Moskal: W internecie można na razie obejrzeć tylko jeden teledysk – Foreign stranger, wyreżyserowany przez Filipa Hilleslanda. Rzeczywiście wysłaliśmy video na kilka festiwali filmowych, w lipcu odbył się już screening Paris Underground Music Video Awards, został też doceniony w pierwszym etapie festiwalu ROMA DOC. Na resztę werdyktów czekamy, a tymczasem pracujemy z Filipem oraz dwoma innymi reżyserami – Moniką Majorek oraz Lulu Zubczyńską nad kolejnym filmem – interaktywnym teledyskiem, na którego przebieg widz będzie miał wpływ. Jesteśmy w trakcie zbierania funduszy, a więcej o tym naprawdę ciekawym projekcie na Polak Potrafi:

https://polakpotrafi.pl/projekt/natalia-moskal-teledysk

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów 🙂

 

Goya – wywiad (27.09.2016 r.)

goya-okladka-fot-honorata-karapuda

fot.Honorata Karapuda

Magdalena Wójcik, Grzegorz Jędrach i Rafał Gorączkowski nawiązali współpracę pod nazwą Goya w 1995 r. Dziś świętują XX lecie swojej działalności artystycznej. Pod koniec 2015 r. ukazała się ich 7 studyjna płyta pt. „Widoki”. Tak jak i na poprzednich albumach w nasze ręce trafił krążek, na którym „smak słów” jest delikatny, kojący, aksamitny, subtelny, wyważony. A od strony muzycznej jak zwykle, w bardzo nowoczesnym popie rodem z zachodnich produkcji. Z wokalistką Magdą Wójcik miałem przyjemność rozmawiać w swojej audycji „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM. wiosną 2016 r.Teraz ponownie się spotkaliśmy by krótko omówić to, co się wydarzyło w ciągu roku i efekt możecie przeczytać właśnie tu na blogu „Warto Posłuchać”

 

Arkadiusz Kałucki: Za kilkanaście dni minie rok od ukazania się waszej kolejnej płyty w dyskografii pt. „Widoki”. Jakie wnioski dla was płyną? Bo od ostatniego albumu upłynęło sporo czasu. 

Magdalena Wójcik: Każda płyta, którą wydajemy jest dla nas kolejnym etapem w naszym muzycznym życiu…zarówno, jeżeli chodzi o aspekt czysto muzyczny, jak i ten tekstowy aż po taki zupełnie ludzki ( przecież jesteśmy coraz starsi:). Chyba nie mam jakichś wyjątkowych przemyśleń, jeżeli chodzi o o tę konkretną płytę. Zawsze cieszymy się nowym utworami, staramy się je „dopieścić” w studio, a potem jest nam ogromnie miło, jeżeli album jest dobrze odebrany przez słuchaczy. Myślę, że i w tym przypadku ten odbiór jest bardzo pozytywy,,,:)

Arkadiusz Kałucki: Teksty twojego autorstwa na płycie do 11 utworów to tylko twoje myśli, doświadczenia czy otoczenie też było inspirujące? 

Magdalena Wójcik: W moim przypadku nie wszystkie teksty są inspirowane tylko moimi doświadczeniami. Często jestem tylko obserwatorką i z tej perspektywy opisuję pewne odczucia. Zdarza mi się również wyobrazić sobie siebie w jakiejś sytuacji i opisać moją hipotetyczną na nią reakcję. Nie do końca więc z tych tekstów można dowiedzieć się o mnie wielu rzeczy, bo nie wszystko jest prawdą:) Muszę zostawić dla siebie jakąś tajemnicę o mnie samej. Myślę, że w dzisiejszych czasach pełnych ekshibicjonizmu i mówienia o sobie wszystkiego taka tajemnica i niedopowiedzenie jest czymś rzadziej spotykanym, ale myślę że dla niektórych może być pociągające i wartościowe…

Arkadiusz Kałucki: To, co charakterystyczne w piosenkach, to słowa: zaufanie, przyjaciel, wrażliwość, codzienność, sen, kosmos, łzy. Przyznasz, że „widoki” w życiu człowieka są urozmaicone? 

Magdalena Wójcik: Myślę, że tych widoków jest niezliczona ilość i dla każdego są różne…Te, które wymieniłeś są rzeczywiście istotnymi elementami w moich tekstach, bo w taki sposób odbieram rzeczywistość…poprzez uczucia, zwykłe codzienne sprawy, pasje, marzenia…Wydają się o rzeczy oczywiste i czasami banalne, ale chyba najistotniejsze. I wcale nie muszą być spektakularne i niezwykłe, żeby były fascynujące:)

Arkadiusz Kałucki: Co według Ciebie zadecydowało i nadal decyduje, że niezmiennie od 20 lat gracie w tym samym składzie? 

Magdalena Wójcik: Od chwili, kiedy się spotkaliśmy, poczuliśmy wspólną muzyczną więź. Podobne rzeczy nam się podobały, podobne dźwięki nam pasowały i to był ten najistotniejszy początkowy czynnik łączący:) Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu( dzisiaj chyba nie dalibyśmy rady grać tylu wielogodzinnych prób:)). Z czasem muzyka połączyła mnie z zespołem również prywatnie:).
Były też takie momenty, które wymagały od nas podejmowanie trudnych decyzji, ryzykowania i niepewności i chyba to, że mogliśmy w takich chwilach robić to wspólnie spowodowało, że staliśmy się naprawdę fajną, spójną ekipą. Oczywiście cały czas zdarzają nam się kłótnie w studio, ale zawsze dochodzimy do jakiegoś porozumienia:). Podsumowując ten wątek, nie wyobrażam sobie grania z kimś, kogo bym nie lubiła, bo na scenie dałoby się to wyczuć. Muszę czuć, że za mną stoi ktoś, kto mnie wspiera i z kim mamy wspólny cel czyli zagranie jak najlepszego koncertu i wytworzenie fajnej energii:)

goya-fot-honorata-karapuda

Magdalena Wójcik(Goya)fot.Honorata Karapuda

Arkadiusz Kałucki: Słychać na nowej płycie, że nie stoicie w miejscu jeżeli chodzi o brzmienie tylko obserwujecie to, co się dzieje w muzyce. Pochwal się, kto w ostatnich latach zespołowi Goya przypadło do gustu z zachodnich artystów? 

Magdalena Wojcik: Zawsze powtarzam, że szeroko pojęta muzyka popowa daje nieograniczone możliwości, jeżeli chodzi o wykorzystywanie brzmień i łączenie różnych stylów. Możemy sobie pozwolić zarówno na utwory akustyczne jak i bardziej elektroniczne i nikt nam nie zarzuci, że odchodzimy od swojego stylu…Naszym stylem są przede wszystkim piosenki, a to, w jaką „ otoczkę „ je ubierzemy zależy od tego, co w danym momencie nam w studio przyjdzie do gLowy 🙂 . Oczywiście śledzimy to, co dzieje się na rynku muzycznym i wiele rzeczy nas inspiruje. Myślę, że w mniej lub bardziej świadomy sposób czasami przemycamy do naszych utworów te inspiracje, ale to zupełnie normalne:)
Osobiście słucham bardzo różnej muzyki, lubię ciężkie rockowe granie, ale gdybym miała wymienić coś z rzeczy bardziej zbliżonych do naszych klimatów, to wymieniłabym na pewno Florance And The Machine, Lykke Li, London Grammar, Broods, Jamie Woon i wielu innych..,

Arkadiusz Kałucki: Konsekwencja to klucz do sukcesu? Czy tylko jeden z elementów tej układanki? Bo to słowo jest ważne w waszym wypadku. 

Magdalena Wójcik: Myślę, że z tą konsekwencją dobrze się czujemy:) Miło jest usłyszeć, że ktoś zna nasze utwory pomimo tego, że nie kojarzy mojej twarzy. Popularność twórczości jest dla mnie dużo bardziej satysfakcjonująca, niż popularność osoby wynikająca ze znanej twarzy…i tylko twarzy. Od początku starałam się zatrzymać dla siebie sprawy związane z moim prywatnym życiem, a skupialiśmy się na pisaniu piosenek i nagrywaniu kolejnych płyt. Zdaję sobie sprawę, że być może przez takie podejście coś nam mogło uciec, moglibyśmy być bardziej popularni i rozpoznawalni…Z drugiej strony mamy spokojne sumienie, że nie robimy niczego wbrew sobie i nie ciągną się za nami żadne sztuczne skandale i wstydliwe sytuacje, i niech tak zostanie:)
Arkadiusz Kałucki: Płyta „Widoki” zespołu Goya, to zapowiedź czegoś nowego z zachowaniem tożsamości muzycznej? 

Magdalena Wójcik: Na pewno chcemy nagrywać kolejne piosenki i pyty. Jaka będzie ta następna nie jestem w stanie przewidzieć. Bez względu na to, w jakim kierunku muzycznie pójdziemy, mam nadzieję że nie zabraknie nam pomysłów na kolejne kompozycje, bo to one są podstawą. Chciałabym, żeby nasza muzyka i teksty nadal wzbudzały jakieś odczucia i emocje, bo chyba o to w tym wszystkim chodzi…

Dziękuję za rozmowę 🙂

Skinny – wywiad (30.08.2016 r.)

 

 

skinnpromo3

Skinny (materiał prasowy)

Michał SKINNY Skórka to multiinstrumentalista, wokalista, producent, którego na pewno wszyscy znacie z duetu Skinny Patrini. Ten ważny duet na polskiej scenie elektronicznej podczas swojej ośmioletniej działalności, wystąpił niemal na wszystkich najważniejszych festiwalach w Polsce i zagranicą. Ponadto, mogą pochwalić się występem podczas wieczoru polskiego na Expo 2010 w Szanghaju. Michał SKINNY Skórka dziś zapisuje się w annałach polskiej fonografii solowym albumem „The Skin I’m In”. Innym niż wszystkie z tego gatunku. Ambitnym, świadomym w każdej jego minucie słuchania. Krążkiem wyjątkowym nie tylko dlatego, że jest to pierwszy solowy album Michała, ale moim zdaniem istotą są teksty piosenek zawarte na „The Skin I’m In”. Poniżej krótki zapis mojej rozmowy z Michałem na temat jego płyty, bo dużo więcej omówiliśmy podczas audycji w „Warto Posłuchać” w POP Radiu 92,8 FM.

Arkadiusz Kałucki: Ukazała się twoja pierwsza solowa płyta „The Skin I’m In”. Czy duet Skinny Patrini, z którym wydaliście dwa albumy to już zamknięty rozdział czy zawieszona działalność na czas bliżej nieokreślony?

Skinny: Na dzień dzisiejszy koncentruję się na promocji „The Skin I’m In”. Uwielbiam rozdział mojego życia o nazwie Skinny Patrini – przez kilka lat działalności SP zwiedziłem kawałek świata, poznałem wiele cudownych osób… Jestem przedumny z obu płyt, które wydaliśmy. Mogę teraz dalej się rozwijać… ale jest to projekt odłożony na półki i nie wiem na jak długo. Wiem natomiast, że szybciej może pojawić się druga płyta solowa. A i na nią trzeba będzie dość długo poczekać, ponieważ nie lubię działać szybko. Wolę dobrze.

Arkadiusz Kałucki: Na albumie znalazł się duet z Kasią Stankiewicz(aktualnie już Varius Manx) a konkretnie w nagraniu „I wish”. Jak doszło do współpracy z tą bardzo wyjątkową wokalistką w naszym kraju i dlaczego akurat z nią postanowiłeś podjąć współpracę?

Skinny: Życie wciąż mnie uczy, żeby korzystać z przypadków, które zsyła na nas los. Gdybym kilka lat temu nie odważył się podejść do Kasi zaproszeniem na koncert Skinny Patrini w Hydrozagadce, gdyby ona później na tym koncercie nie pojawiła się wraz z siostrą Anią, gdyby Kasi nie spodobał się utwór, etc. etc. etc. być może nie byłoby tego duetu. A tak – Kasia przyjechała do nas do Gdańska i – rezygnując z intratnej propozycji – nagrała swoją partię w ciągu kilku chwil. Trwało to krótko, ale w mojej głowie rozciągnęło się w czasie na tyle, że – podczas gdy Kasia nagrywała wokal – już zdążyłem w wyobraźni usłyszeć finalną wersję i przeżyć wzruszenie i ekscytację na miarę narodzin dziecka nieomal.

skinnypromo2

Skinny (materiały prasowe)

Arkadiusz Kałucki: Krążek „The Skin I’m In” to bardzo emocjonalna, osobista opowieść, ale są niedopowiedzenia, niedomówienia. To specjalne posunięcie czy obawa w wyrażaniu swoich odczuć, przemyśleń? A może chciałeś wywołać dyskusję wśród swoich fanów, co sądzą na temat poszczególnych historii?

Skinny: Osobiście nie jestem fanem niedopowiedzeń czy niedomówień w życiu codziennym, natomiast wydaje mi się, że nie ma nic bardziej nudnego niż ich brak w sztuce. Muzyka, jak i inne dziedziny sztuki, powinny zmuszać do myślenia, wywoływać emocje, sprawiać, że przenosisz się w inny wymiar. Podanie wszystkiego na talerzu mnie absolutnie nie interesuje, ponieważ nie ma nic do odkrywania… Z drugiej strony, na tej płycie i tak mam wrażenie, że wybebeszyłem się na nieomal wszystkie możliwe sposoby. Tyle tylko, że trzeba mnie dobrze znać, żeby wiedzieć o jakim wydarzeniu lub o jakiej osobie jest dany utwór tudzież dla kogo są dedykowane poszczególne teksty, kto czuwał nade mną podczas nagrania albumu, o kim lub o czym myślałem śpiewając lub grając w konkretnym utworze, etc. Emocjonalność to dla mnie – obok intelektu – najistotniejsze cechy człowieczeństwa. Ta płyta jest właśnie dla ludzi, którzy potrafią i chcą czuć i myśleć.

Arkadiusz Kałucki: W dzisiejszych czasach bardzo wielu artystów nie chce być szufladkowanych jeżeli chodzi o stylistykę i brzmienia w jakich się poruszają. Jakie jest twoje zdanie na ten temat?

Skinny: Ja już od etykietek nawet nie staram się uciekać. Jest to walka z wiatrakami, a walka z czymkolwiek nie należy do moich ulubionych zajęć… Sam zaczynam zauważać, że nazywanie różnych stylów – nie tylko w muzyce – ma swego rodzaju urok. I mocno systematyzuje, a to w dzisiejszych, nieco niepewnych i rozdygotanych czasach, jest dość potrzebne wręcz.

LEAVING YOU prntscr 1

Skinny (materiały prasowe)

Arkadiusz Kałucki: Czy Twój solowy debiut płytowy miał być „nowoczesnym” nawiązaniem do lat świetności new wave, new romantic z mieszanką rockowych smaczków lat 90-tych XX wieku? To są obszary muzyczne, które Ciebie ukształtowały jako artystę?

Skinny: Myślę, że nie tylko. Bardzo dużo słuchałem muzyki w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Uważam, że wtedy muzyka miała zdecydowanie więcej charakteru. Nie było tej miałkości, która przeważa w XXI wieku. Coraz mniej płyt kupuję, coraz mniej rzeczy mnie interesuje, a jeszcze mniej inspiruje. I na pewno postępujący wiek nie jest tego przyczyną, ponieważ wiem, że wciąż muzyka może mnie rozłożyć na części pierwsze… na przykład muzyka, którą kochałem 20 czy 30 lat temu, a która wciąż towarzyszy mi w życiu codziennym. Nie zakładałem niczego przy „The Skin I’m In” – ta płyta po prostu się rodziła naturalnie i przy komponowaniu i pisaniu każdego utworu słyszałem w głowie – mniej więcej – całą produkcję i aranże. Oczywiście, lubuję się w muzyce elektronicznej, ale jest to jedynie namiastka mojej płytoteki. Wśród rzeczy, które mam na półkach możesz znaleźć Antony And The Johnsons obok Atmosphere, Beethovena obok Edyty Bartosiewicz, Marię Callas obok CC Catch i Mozarta obok Nirvany…

Arkadiusz Kałucki: Do kogo jest skierowana płyta „the Skin I’m In”? Do młodego, niedoświadczonego życiowo odbiorcy czy do starszego pokolenia słuchaczy?

Skinny: Do osoby, która wysłucha tę płytę w całości, wczyta się w teksty i usłyszy to, co na pierwszy rzut ucha nie jest słyszalne. Zwłaszcza na głośnikach komórki czy laptopa… Wzruszy się i uśmiechnie się do siebie, przeżyje ją na swój sposób i wróci do tej płyty wielokrotnie. Nieważne czy będzie to człowiek młody czy starszy, niedoświadczony życiowo czy doświadczony, wyrobiony muzycznie czy nie. Znam wiele młodziutkich osób, które są niezwykle świadome i chłonne. I znam wiele starszych, którzy już tak przesiąknęli muzyką, że szalenie trudno ich czymkolwiek zaskoczyć bądź nawet zainteresować… Tak jak powiedziałem wcześniej – ta płyta jest dla osób czujących i myślących.

Arkadiusz Kałucki: Co jest dla Ciebie motywacją do dalszego twórczego działania?

Skinny: Pieniądze i sława. Hahaha. Ani jednego ani drugiego na razie nie widać klarownie na horyzoncie, a motywacja jest – druga płyta już się napisała i już mam około 16tu demówek… Szczerze mówiąc, nie potrafię tego nazwać. Chyba potrzeba tworzenia. I miłość do muzyki.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę 🙂

Skinny: Dziękuję 🙂

Isle of Love – wywiad (25.08.2016 r.)

 

 

isle_of_love - Marcin Żabiełowicz Adam Słomiński 2 fot.Anna Słowik

Isle Of Love for.Anna Słowik

Isle Of Love – zespół założony przez Adama Słomińskiego oraz Tomasza „Ragaboya” Osieckiego. Zespół powstał w Warszawie we wrześniu 2014 roku. W marcu 2015 roku dołączył do nich gitarzysta zespołu Hey – Marcin Żabiełowicz. Od kilku tygodni możemy delektować się ich nietuzinkowymi, subtelnymi brzmieniami gitar, tekstami zachęcającymi nas do podróży nie tylko w głąb siebie, a wszystko to znajdziecie na albumie „Isle Of love”. Poprosiłem Tomasza „Ragaboya” Osieckiego o krótką rozmowę na temat płyty 🙂
Arkadiusz Kałucki: Proces twórczy na waszą płytę odbywał się na próbach tzn. „tu i teraz” czy nagrania były napisane kilka lat wcześniej i wyciągnięte z szuflady?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Było i tak i tak. Większość materiału, dokładnie muzyki, istniała jako szkice i nigdzie wcześniej nie publikowane pomysły w mojej i Adama „szufladzie”, większość tekstów powstało już podczas pracy wspólnej, ponieważ wtedy nastąpił ten kosmiczny zapłon, piosenka „Pomiędzy snami” w całości powstałą już podczas wspólnej pracy.

Arkadiusz Kałucki: Gitara akustyczna to punkt wyjścia przy komponowaniu? Czy pierwotnie może były też próby z innymi instrumentami?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Tak, gitara akustyczna była punktem wyjścia przy komponowaniu, jedynie „Eni” powstało na pianinie.

isle_of_love - Marcin Żabiełowicz, Adam Słomiński fot.Anna Słowik

Isle Of Love fot. Anna Słowik

Arkadiusz Kałucki: Początkowa współpraca wokal-gitara, minimalizm, skromność to tylko taka podbudowa do większego składu zespołu?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Na początku niczego nie zakładaliśmy. Tak po prostu pracowało się najprościej i najszybciej. Wiedzieliśmy jednak, że finalnie chcemy te piosenki zarejestrować z sekcją rytmiczną – od samego początku intuicyjnie chcielibyśmy aby na płycie zagrał kontrabas. Kiedy rozpoczęliśmy granie koncertów ze względów praktycznych zaczęliśmy grać jako akustyczne trio ponieważ przekonaliśmy, że bardzo jest trudno znaleźć naprawdę w pełni zaangażowany skład, z którym nie tylko można jeździć w trasę i grać świetne koncerty, ale przede wszystkim skład, z którym regularnie można pracować podczas prób. Obecnie wygląda na to, że takie osoby się znalazły i właśnie rozpoczynamy pracę w większym gronie.

Arkadiusz Kałucki: Wśród autorów słów na płycie są kobiece pierwiastki: Mela Koteluk, Aneta Osiecka. Czyj to był pomysł na taki akcent?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Ta sytuacja także wyszła zupełnie naturalnie. Z Melą Koteluk współpracowałem w latach 2010-2013, w tym czasie powstały nasze wspólne piosenki: „Spadochron”, która ukazała się na debiutanckiej płycie Meli o tym samym tytule, oraz piosenka „Wielkie Nieba”, która znalazła się na edycji specjalnej drugiej płyty „Migracje”. Podczas naszej współpracy powstało znacznie więcej piosenek, m.in. „Czuwanie” oraz „Song of silence”. Te utwory finalnie w tamtym czasie nigdzie się oficjalnie nie ukazały. Kiedy rozpoczęliśmy z Adamem pracę nad piosenkami pokazałem mu je. Bardzo mu się spodobały i postanowiliśmy je w Isle of Love zrobić. Meli się także pomysł spodobał i w ten sposób piosenki znalazły się wśród naszych utworów. Piosenka „Song of silence” w tym czasie nie miała jeszcze tekstu. Kiedy rozpoczęliśmy pracę nad nią moja Żona Aneta bardzo spontanicznie napisała do niej piękny, minimalistyczny tekst, który nam się bardzo spodobał. W ten oto bardzo naturalny sposób moja Żona Aneta oraz Mela Koteluk znalazły się wśród autorów piosenek Isle of Love.

isle_of_love - Marcin Żabiełowicz  Adam Słomiński_fot_Anna Słowik

Isle Of Love fot. Marcin Żabiełowicz, Adam Słomiński

Arkadiusz Kałucki: Fotografie zawarte na książeczce do płyty przedstawiają zbocza gór, niekiedy niedostępne dla człowieka, tajemnicze, groźne. To bardzo współgra z tekstami i muzyką na płycie. Kto jest autorem tych zdjęć? I jak tutaj wyglądały konsultacje, bo to nie jest takie proste patrząc na efekt końcowy.

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Całą oprawą wizualną naszej płyty zajmowała się Anna Słowik czyli dziewczyna Adama. Ania jest prześwietną graficzką oraz fotografuje. Adam także z wielkim powodzeniem zajmuje się fotografią oraz realizuje nasze teledyski. W zawiązku z tym od samego początku w tym temacie zdaliśmy się na pomysły Ani, tak samo jak zdaliśmy się w pełni na Adama w temacie teledysków. Ja osobiście pozostawiłem jej totalnie wolną rękę i wszystko co Ania nam zaproponowała zupełnie naturalnie wpisało się w naszą muzykę i po prostu zostało tak samo naturalnie zaakceptowane.

Arkadiusz Kałucki: Słowa: zmierzch, sen, kosmos, czas, gwiazdy, słońce bardzo często padają w waszych piosenkach. One są takim wyznacznikiem płyty „Isle Of Love”. Czy za tym wszystkim jest ukryte przesłanie? Jeśli tak to jakie?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: W naszych tekstach nie ma żadnego ukrytego przesłania. Trudno to dokładnie opisać i chyba do końca się nie da wiec powiem jedynie, że teksty ogólnie poruszają kwestie i sprawy bardzo dla każdego człowieka uniwersalne.

Arkadiusz Kałucki: Poproszę na koniec każdego z was o powiedzenie, co byście chcieli przeczytać za 50 lat w Encyklopedii muzycznej na temat Isle Of Love?

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Tu mogę się jedynie wypowiedzieć w swoim imieniu. To dość trudne pytanie i bardzo abstrakcyjne. Osobiście nie zastanawiam i nie rozmyślam nad tego typu sprawami. Po prostu bardzo się cieszę, że dane jest mi uczestniczyć w czym takim jak Isle of Love ponieważ jest to zespół o którym myślałem już od dawna … np nazwę wymyśliłem już w roku 2011.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

Tomasz „Ragaboy” Osiecki: Dziękuje.

 

 

Tomek Lubert – wywiad (23.08.2016 r.)

 

 

Tomek Lubert_fot_Witek Berkan

fot.Witek Berkan

Jego pierwsza gwiazdka popularności rozbłysła gdy w 2000 r. założył razem z Dodą – Virgin. Kolejne błyski były z zespołami Video, Volver. Gitarzysta, kompozytor, producent muzyczny Tomek Lubert oprócz pomocy dorosłym muzykom, poświęca również swój czas „najmłodszym pokoleniom”. Z okazji 15-lecia ukazała się w 2014 r. płyta pr. „Z miłości do muzyki”, gdzie udział w jej nagraniu wzieli m.in. Doda, Ewa Farna, Honorata Skarbek, Rafał Brzozowski, Stachursky czy Grzegorz Skawiński.O tych i innych sprawach sprawach będzie mowa w poniższym wywiadzie 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Zanim rozpocząłeś działalność na własny rachunek, przez blisko 8 lat występowałeś w chórze cerkiewnym Continuo. Czy to doświadczenie ułatwiło Tobie dalsze funkcjonowanie muzyce?

Tomek Lubert: Oczywiście, przede wszystkim nauczyło pracować w grupie na kozyśc całego zespołu, a nie dla własnych ambicji. A dodatkowo zwiedziłem kawał świata i poznałem fajnych ludzi! Każdemu polecam śpiewanie w chórze!

Arkadiusz Kałucki: Zespół Virgin razem z Dodą to na pewno Twoje pierwsze sukcesy w karierze. Trzy albumy(„Virgin”, „Bimbo”, „Ficca”) i każdy ma inne brzmienia. To była z twojej perspektywy ewolucja muzyczna podyktowana zapotrzebowaniem ówczesnego rynku muzycznego czy wynikiem własnych doświadczeń, przemyśleń?

Tomek Lubert: Wtedy to były trochę inne czasy. Zespół już nie istnieje 10 lat. Dużo się na rynku zmieniło. Generalnie my nic nie kalkulowaliśmy, co zrobić żeby się sprzedało, zagrało radio itp. Płyty są inne, bo my się zmienialiśmy i tak nam w duszy po prostu grało.

Tomek Lubert_fot_prywatne

Arkadiusz Kałucki: Kolejne pasmo sukcesów możesz zapisać w swojej biografii z zespołem Video(2007-2009), ale tylko przy pierwszej płycie. Odchodzisz i zakładasz grupę Volver(2009-2014). Czy śpiewanie w chórze nie było dla Ciebie lekcją nauki pracy w grupie? Czy twój wrodzony indywidualizm wziął wtedy górę?

Tomek Lubert: Trudno powiedzieć. Ja jestem niepokorna dusza. Z perspektywy czasu widzę, że może byłem też trochę zazdrosny, że to zawsze wokaliści są na pierwszym miejscu (hihihi). Ale tak na serio, tak już mam i teraz już nikogo nie dziwi, że co chwilę jakiś zespół na „V” powstaje 🙂

Arkadiusz Kałucki: Album „Z miłości do muzyki” nagrałeś z okazji piętnastolecia działalności artystycznej. Znajdziemy na nim 12 utworów zaśpiewanych przez artystów z różnych obszarów muzycznych. Sam sobie zrobiłeś prezent urodzinowy czy kaprys artysty?

Tomek Lubert: A tak wyszło przypadkowo. Bo miałem parę fajnych utworów a akurat taki pierwszy mój jubileusz się zbliżał 15 lat na scenie, więc nieśmiało zapytałem paru przyjaciół muzyków czy by nie zaśpiewali, zagrali. Okazało się, że nikt nie odmówił. W pierwszym dniu miałem już cały skład i poszło 🙂

Arkadiusz Kałucki: Jesteś artystą, który lubi chodzić pod prąd i jest przeciw trendom?

Tomek Lubert: Interesuję się tym co na rynku, analizuję, staram się być na bieżąco. Ale uważam, że w muzyce tak jak i w życiu trzeba cały czas być sobą.

Tomek Lubert_fot_prywatne2

Arkadiusz Kałucki: Oprócz współpracy z dorosłymi muzykami, wokalistkami, wokalistami etc. komponujesz dla…dzieci. Część publiczności może być tym faktem zaskoczona. Od kiedy trwa twoja przygoda z dziecięcą publicznością i jak do niej doszło?

Tomek Lubert: Już od wielu lat tworzę dla dzieci. I wbrew temu co się myśli, wcale to nie jest łatwa praca a czasem i trudniejsza niż z dorosłymi. Dzieci od razu wyczuwają „ściemę” w każdej sprawie w muzyce też, więc trzeba dla dzieci otworzyć całe swoje serce i wtedy będzie sukces. Kocham pracę dla dzieci a dzieciaki chyba uwielbiają moje piosenki. Ponad 200.000.000 odtworzeń na YT mówi samo za siebie 🙂

Arkadiusz Kałucki: Muszę zapytać o piłkę nożną, z którą jesteś związany tak naprawdę od dziecka. Futbol to Twoja pasja, która pozwala się Tobie zresetować po koncertach, pracy w studiu?

Tomek Lubert: Tak Bayern Munich!!!!! I wszystko w temacie 🙂

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

Tomek Lubert: Dziękuję bardzo.

 

Sexy Suicide – wywiad (16.08.2016 r.)

 

 

 

SexySuicide_fot_Jacek Tomaszewski

fot. Jacek Tomaszewski

Sexy Suicide to duet Mariki Tomczyk i Bartłomieja Salamona. Pomimo, że ich droga muzyczna traw już od kilku lat, to jako Sexy Suicide debiutują w tym roku. Nagrali krążek „Intruder”.

 

 

 

Arkadiusz Kałucki: Czy udział w programie telewizyjnym typu talent-show „Must Be The Music – Tylko Muzyka” to była chęć sprawdzenia się czy zabawa?

Bartłomiej Salamon: Zabawa i zdobycie nowego doświadczenia, wynikające właściwie z przypadku. Nie ukrywam że bardzo zależało mi na opinii Kory, gdyż to moja ulubiona polska wokalistka z 80s i osoba którą cenie za wiele rzeczy. Ocena okazała się bardzo przychylna i dało mi to jeszcze większego kopa. To chyba najistotniejsza dla mnie sprawa, w tym całym cyrku. Nie zamierzaliśmy z nikim konkurować i nie zależało nam na przechodzeniu na kolejne etapy itp.

Marika Tomczyk: Dla mnie to był sposób na dotarcie do ludzi, którzy sami nie szukają muzyki, a którym nasza stylistyka mogłaby się podobać. I w sumie w jeden wieczór przybyło nam ponad tysiąc likeów! Kilka propozycji koncertowych, i jedna b. dziwna oferta kupna moich butów, które miałam założone na występie… nie wnikam 😀

Arkadiusz Kałucki: Album „Intruder” to debiut jako Sexy Suicide, a w sumie drugi w dyskografii. Proszę powiedzcie o swoich inspiracjach muzycznych, które wpłynęły na waszą dotychczasową działalność artystyczną.

Bartłomiej Salamon: Tak,3 lata temu wydaliśmy pierwszy album będąc w innym składzie i pod inna nazwą, z tamtych czasów pamiętam, że na pewno sporym bodźcem i chyba właśnie taka kropla przepełniającą kielich, która zaważyła o założeniu zespołu była premiera filmu „Drive” oraz cała rodząca się wtedy fala New Retro Wave. To był wtedy taki zapalnik do tego wszystkiego co nagromadziło się w mojej głowie przez długie lata. Jest ich na prawdę dużo. Sądzę,  że gdybym tworząc muzykę synthpop, słuchał i inspirował się tylko tym gatunkiem to byłaby ona strasznie nudna. Pomysły i natchnienie czerpię z różnych źródeł, od jednych z awangardowych pionierów industrialu jak Test Dept, Einstürzende Neubauten cz SPK, przez klasyki postpunku i zimnej fali, zarówno ze sceny zagranicznej jak i krajowej, po melancholijne Italo Disco… Z reszta muzyka to tylko część moich inspiracji, sądzę że ona może znajdować się wszędzie, trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte.

Marika Tomczyk: Ja jestem poszukiwaczką dobrych melodii. Dla mnie kawałek oprócz fajnej muzyki, musi mieć chwytliwy refren, taki zapadający w ucho. Takie chwytliwe kawałki dla mnie były wszechobecne w 80s. Teraz jest taka muza, że czasem mi się wydaje, że słyszę jedną i tą samą piosenkę… a któs mi mówi np, że to trzecia czy czwarta radiowa piosenka tego artysty. Dodatkowo inspirują mnie ciekawe, ludzkie historie. Lubie się wczuwać i pisać tekst wyobrażając sobie, że jestem kimś innym. Cóż ja mogę pisać w oparciu o własne doświadczenia? Impreza, wakacje, praca, narzeczony – takie kawałki były by nudne i płaskie 😀

SexySuicide_023 ft Rafał jakubek

fot.Rafał Jakubek

Arkadiusz Kałucki: Różne natężenie muzyki elektronicznej lat 80-tych XX wieku, wielobarwność, melancholijność, ale miejscami jej industrialny charakter jaki zawarliście na płycie to jest według was przepis na sukces?

Bartłomiej Salamon: Nie, haha, na sukces na pewno nie, ale to jest dla mnie ok, bo liczyłem się z tym od początku. Gdybyśmy chcieli popularności i pieniędzy, domyślasz się jaki gatunek muzyki tanecznej w Polsce wykonywalibyśmy 🙂 Chcemy robić, to co robimy i dokładnie w taki sposób, a że przy tym mamy jeszcze jakichś sympatyków, którzy mogą pod kątem swojej wrażliwości muzycznej się z nami utożsamić, to już w ogóle bomba. Niech dalej będzie tak, a będzie super.

Marika Tomczyk: Ja uważam, że będzie jeszcze lepiej. Przybywa nam fanów, wydaje mi się, że ludzie szukają ciekawych rozwiązań muzycznych. Myślę, że dojdzie do tego, że coraz więcej osób zmęczy się tą papką, którą słyszą w radiu czy tv i będą poszukiwać muzyki dla siebie, a tam będziemy my na nich czekać:]

Arkadiusz Kałucki: W warstwie tekstowej poruszacie kilka niewygodnych tematów, które w naszym społeczeństwie wywołują skrajne emocje. Chcecie być głosem tych, którzy boją się głośno powiedzieć o swoich problemach, tajemnicach życiowych żeby uniknąć napiętnowania?

Bartłomiej Salamon: Przede wszystkim swoim głosem, głosem osoby której nie podobają się pewne zjawiska, jak alienacja między ludzka w dobie dzisiejszych zaawansowanych technologicznie czasów, brak wzajemnej tolerancji w kwestii koloru skóry, wyznania czy właśnie orientacji seksualnej… Ludzie zapominają też o wielu istotnych wg. mnie rzeczach.

Marika Tomczyk: Śpiewamy o tym co nam w duszy gra. A grają nam różne, dziwne rzeczy:] Nie podoba mi się to, że trudne tematy rzadko podejmowane są w muzyce popularnej. Dlaczego? Przecież to idealny nośnik. Nie dość, że wpada w ucho i można się przy niej pobujać to można przekazać znaczącą treść, która pozostanie na dłużej w naszych głowach.

SexySuicide-Intruder

Arkadiusz Kałucki: Jaki był plan działania Sexy Suicide przy pracy na płyta „Intruder”? Najpierw powstały teksty czy muzyka?

Bartłomiej Salamon: Zawsze najpierw powstawała muzyka, utwory, a raczej ich szkielety w formie dem, trafiały do Mariki, która zaczynała prace nad swoją działką. Później często razem dokonujemy wspólnego szlifu względem całokształtu.

Marika Tomczyk: Ja z kolei teksty piszę zazwyczaj pod muzykę, nie mam gotowych tekstów zapisanych w jakimś zeszycie… mam taki notes inspirujących tematów czy zasłyszanych zdań i tam często sięgam, ale temat na kawałek pojawia się gdy usłyszę muzę.

Arkadiusz Kałucki: Zdjęcia jakie znalazły się na płycie są czarno-białe. To jest też nawiązanie do tego, że nasze życie nie jest tak kolorowe? I muszę dodać, że bardzo współgrają z tekstami piosenek na albumie.

Bartłomiej Salamon: Uważam ze świat to nie tylko słońce i tęcza, to na prawdę paskudne miejsce, szczególnie jeżeli starasz się myśleć samodzielnie i nie możesz wpasować w utarte schematy. Są ciężkie czasy dla wrażliwych. Jak to ktoś powiedział, kiedyś bloki były szare, ale życie było barwne, więcej musiałeś zdobyć, ale przez to więcej czułeś , więcej szaleństwa i radości, teraz bloki mamy kolorowe, a z życiem jest na odwrót. Czasami odnoszę wrażenie że ludzie w dużej mierze są zalani masą gównianej brei i mało czego są tak na prawdę głodni, bo przyjmują to wszystko jak leci. Nie myślą samodzielnie.

Marika Tomczyk: Życie w ogóle nie jest kolorowe. My sobie sami te barwy nadajemy. Każdego dnia budząc się decydujemy, czy będzie w nim trochę fioletu, różu czy czerwieni. To jest często bardzo trudne, szczególnie w trudnych życiowo sytuacjach. Gdy jesteśmy nieszczęśliwie zakochani, straciliśmy ukochaną osobę lub czujemy że nie pasujemy do nikogo i niczego – świat wydaje się być pozbawiony koloru. Takie sytuacje są również bardzo inspirujące. Nie wiem czemu z resztą, ale w tym najtrudniejszych momentach w moim życiu, piszę najlepsze rzeczy:]

Arkadiusz Kałucki: Kto jest pomysłodawcą aby zamieścić na płycie sentencje Oscara Wilde’a? Możecie wyjaśnić jakie jest jej znaczenie w kontekście płyty?

Bartłomiej Salamon: Pomysł był mój, bardzo cenie tego człowieka, uważam ze był jednym z najmądrzejszych, jacy stąpali to tej ziemi. Sam hołduję estetyzmowi, sadzę z resztą że dekadentyzm jest słyszalny w jakimś stopniu w tym co robimy. Co do samego cytatu, to jeden z moich ulubionych i w moim odczuciu traktuje o tym , że trzeba mierzyć ponad poziom i nie bać się sięgać po swoje marzenia, czasami nawet na przekór wszystkim , nawet żyjąc w świecie i będąc w sytuacji o której pisałem w poprzedniej odpowiedzi.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę
Bartłomiej Salamon: Dziękujemy również bardzo!
Marika Tomczyk: :*

DJ Adamus – wywiad(13.08.2016 r.)

 

 

01.DJ Adamus 6-foto_Rafal Makiela

fot.Rafał Makiela

Adam Jaworski czyli DJ Adamus jest bohaterem kolejnego mojego wywiadu na blogu „Warto Posłuchać”. DJ, producent, remixer, dziennikarz muzyczny. Współtwórca klubowego projektu Wet Fingers razem z Mafia Mike. Przez cztery edycje był jurorem w programie telewizyjnym „Twoja Twarz brzmi znajomo”(Polsat). Ma na swoim koncie dwa krążki podpisane DJ Adamus. Pierwsza nagrana razem z Adą Szulc pt. „1000 miejsc” oraz wydana z okazji swojego jubileuszu „DJ Adamus 2015”.  Zapraszam do krótkiej lektury mojej rozmowy z DJ’em Adamusem 🙂

 

Arkadiusz Kałucki: Jubileusz swojej 20-letniej pracy artystycznej i 40-te urodziny ukoronowałeś wydaniem płyty. Co w pierwszej kolejności zdecydowało, że wybrałeś te a nie inne utwory? Bo trzeba wspomnieć, że są nie tylko covery.

DJ Adamus: Chyba po pierwsze sentyment do niektórych starszych utworów które były ze mną od początku mojej kariery po drugie kilka z ulubionej płyty 1000 miejsc a po trzecie kilka nowych taki mój the best of.

Arkadiusz Kałucki: Każde nagranie śpiewa inna wokalistka a jedno nawet jeden mężczyzna. Proszę powiedz w kilku słowach o każdym nich i dlaczego ich zaprosiłeś na to wyjątkowe wydawnictwo.

DJ Adamus: Opowiadać p projektach można godzinami i o każdej osobie z osobna ale najlepiej jest znaleźć wspólny mianownik to jest to ze po prostu to są fajni ludzie . Dobrze się z nimi pracuje i to jest najważniejszy aspekt pracy w studio musi być chemia. Mam tak za pierwszym razem, lubię się zakolegować a później pojawia się współpraca. Wszyscy to mega zdolni i bardzo pracowici wokaliści.

02.DJ Adamus_fot_Gorajka (11)po

fot. Gorajka

Arkadiusz Kałucki: Nie ma nic na tej płycie od Wet Fingers, a to ważny moment w twoim życiu artystycznym. Publiczność w naszym kraju przekonała się, że Polscy DJ’e i producenci też potrafią zrobić dobrą produkcję house nie odbiegającą od tych zachodnich. Można się przy tym świetnie bawić, a stacje radiowe grały je bez opamiętania. I co ważne była to klasyka polskiej piosenki rozrywkowej np.- „Nu Limit”, „HiFi Superstar”, „Małgośka”.

DJ Adamus: Tak, tak chciałem aby to był DJ Adamus jako sam , z Wet też na pewno wydamy takie the best of, zwłaszcza ze w tym roku mamy 10 lat od HiFi, niesamowicie ten czas leci , ale to jest fajne bo łapie dystans do tego. Cieszę się ze wraz z Michałem wpisaliśmy się jako pierwsi którzy samplowali polska muzykę i zrobiliśmy z tego hit na miarę oryginałów 😉

Arkadiusz Kałucki: Podczas twojej 20-letniej pracy artystycznej masz na swoim koncie m.in. dwie oprawy muzyczne widowisk o bardzo ważnym charakterze tzn. Ceremonia Otwarcia Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn” oraz „Gala Fryderyków” czyli najważniejszej nagrody muzycznej w Polsce przyznawanej przez branżę. To według Ciebie były „nagrody” za dotychczasową pracę czy nowy etap w twojej karierze?

DJ Adamus: Tych gal było więcej , czasem bardziej czasem mniej publiczne. Same Fryderyki chyba dwa lub trzy razy ;-). Mam nadzieje ze jeszcze wszystko przede mną , tak się mówi ale ja już jestem zadowolony z tego co się działo w mojej karierze. Więc czuję się osobą spełnioną 😉

03.DJ Adamus_fot_Gorajka (303)po

fot. Gorajka

Arkadiusz Kałucki: Jakbyś dzisiaj zdefiniował pozycję i rolę DJ’a w świecie muzyki? Bo kiedy zaczynaliśmy pracę za konsoletą „świat był inny”.

DJ Adamus: Teraz z jednej strony w dyskotekach jest gwiazdą a z drugiej czasem złem koniecznym. Bywa wielka gwiazda i bywa po prostu grajkiem. To wszystko zbiera dwie strony. Ja uważam ze na pewno DJ w świadomości publiczności popowej stał się widoczny i ceniony a to ważne. Teraz się to także producenci , eksperci którzy wyznaczają trendy. Staliśmy się gwiazdami tak jak inni artyści czy gwiazdy muzyki.

Arkadiusz Kałucki: Czy do końca 2016 roku będziemy mogli otrzymać od Ciebie kolejne wydawnictwo płytowe? A może tylko jedno nagranie, remiks?

DJ Adamus: Cały czas coś działam, mam plan na kolejny singiel więc na pewno coś się pojawi. Wokale już nagrane 😉 klip chciałbym zrobić na Ibizie.

Arkadiusz Kałucki: Na koniec zapytam o „Mekkę” klubowego brzmienia czyli Ibizę. Wiem, że tam się wybierasz i nie koniecznie sam. Proszę zdradź więcej szczegółów.

DJ Adamus: Dokładnie tak chcemy zacząć eksplorować ten kierunek. Zebrała się ekipa i lecimy 😉 14/21 września wraz z travep2ibiza.pl. : Matush, Mr. Root , Wutes, Unknow Poets i ja mamy zamiar zrobić trochę zamieszania. W planach muzyczny katamaran i kilka plażowych barów, dopinamy szczegóły wiec zapraszamy wszystkich z nami. Z tego co wiem szykuje się też drugi termin 21/28 wraz z klubem Luztrro robimy prawdziwy techno katamaran wiec i HOUSE i Techno we wrześniu na Ibizie.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

DJ Adamus: Ja również dziękuję 🙂

 

 

Mery Spolsky – wywiad (12.08.2016 r.)

 

 

 

Mery Spolsky 3- fot_ Agnieszka Żdanuk

fot.Agnieszka Żdanuk

Marysia Żak czyli Mery Spolsky. Wokalistka, gitarzystka, autorka tekstów, kompozytorka i projektantka ubrań. Jest m.in. finalistką 36 Przeglądu Piosenki Aktorskiej – Wrocław 2015, otrzymała wyróżnienie za Najlepszego wykonawce SuperDebiutów podczas 52 Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej Opole 2015 czy zdobyła 2 miejsce na Grechuta Festival – Kraków 2014. Kilka tygodni temu do stacji radiowych trafiło nagranie „Where are you”, gdzie Mery Spolsky występuje gościnnie w projekcie Mod Machine. I to był jeden z impulsów aby przepytać Marysię co słychać u niej ciekawego.

 

 

Arkadiusz Kałucki: Już ponad rok minął od twojego występu na festiwalu w Opolu. Co od tego czasu zmieniło się w twoim życiu muzycznym?

Mery Spolsky: Urosły mi włosy i już nie są do ramion. 😉 A tak całkiem poważnie to napisałam teksty i skomponowałam muzykę na swoją pierwszą, debiutancką płytę oraz pojeździłam trochę po Polsce żeby przetestować te piosenki. Wystąpiłam na bardzo ciekawym festiwalu w Łodzi „Songwriter Festival” gdzie reakcja publiczności dodała mi skrzydeł, wróciłam jako laureatka na Przegląd Piosenki Aktorskiej z autorskim koncertem i zahaczyłam o bardzo ważny dla mnie festiwal „Carpathia”, który dopuszcza jedynie własne utwory. Wróciłam z nagrodą za najlepszą kompozycje, czyli piosenkę „Szach Mat” i przekonałam się, że jestem gotowa na wydanie płyty.

Arkadiusz Kałucki: Ile razy się spotykamy, tyle razy pytam – kiedy wydasz swoją debiutancką płytę? Czy możesz powiedzieć coś więcej niż „jeszcze trzeba poczekać” ?

Mery Spolsky: Nauczyłam się, że nie wolno nic obiecywa, najlepiej trzymać wszystko w tajemnicy dopóki nie jest już na półce. Energii i weny twórczej mi nie brak, szwankowały inne sprawy i dlatego jeszcze nie mam swojej wymarzonej, debiutanckiej płyty. Zagłębiłam się w czeluściach zaplecza wydania takiej płyty, poznałam różne drogi wydawnicze i długo się zastanawiałam, którą wybrać aby nie popełnić błędu. Myślę, że teraz już wiem o wiele więcej i wydam swoją muzykę w najlepszy sposób jaki potrafię. Kiedy to będzie? Może za rok, może za dziesięć. Nie interesuje mnie szybki strzał, interesuje mnie jakość i moja satysfakcja.

Arkadiusz Kałucki: Zauważyłem, że w ostatnich tygodniach by nie powiedzieć miesiącach robisz w swojej twórczości wycieczki w brzmienia elektroniczne. To nowa fascynacja czy chwilowa zabawa?

Mery Spolsky: Zawsze podobała mi się elektronika, potrzebowałam tylko czasu aby nauczyć się ją tworzy, bo z komputerami byłam zawsze na bakier. Akustyczne brzmienia, gitarowe piosenki i żywe instrumenty było mi o wiele prościej skompletowa , bo w szkole muzycznej miałam z nimi styczność. Elektroniki słuchałam w swoich ulubionych zespołach typu Black Eyed Peas, Gwen Stefani, MGMT itd. W ostatnim roku rozpracowałam programy do perkusji elektronicznej, kupiłam sobie pada, zainwestowałam w klawiaturę i poeksperymentowałam z brzmieniami przeróżnych syntezatorów. W taki sposób powstał materiał na płytę więc myślę, że na pewno nie była to chwilowa zabawa.

Mery Spolsky 1- fot_ Agnieszka Żdanuk

fot.Agnieszka Żdanuk

Arkadiusz Kałucki:Nie da się ukryć, że twoja kariera rozpoczęła się od pracy w zespole. Jak wiemy to ma wady i zalety. Ale praca niemal w samotności jest jeszcze większym wyzwaniem. Wszystko jest na twojej głowie. Wnioskuję, że Mery Spolsky to już samodzielnie działająca maszyna w branży muzycznej i powrót do pracy w zespole czy w duecie nie jest możliwa.

Mery Spolsky: Jak najbardziej jest możliwa! Praca z przeróżnymi muzykami bardzo mnie inspiruje i uczy pokory. Szykuję teraz płytę i chciałabym promować ją koncertami, na których będą grali muzycy. Obecnie gram sama z loopami, ponieważ nie chcę angażować ludzi w projekt, który dopiero rozkręcam. Jest to dla mnie również sprawdzenie samej siebie czy potrafię poprowadzić koncert w pojedynkę. Chciałam pozbyć się uczucia zależności od kogoś i stąd utworzyłam set typowo solowy, aby na spokojnie jeździć po Polsce na swoich warunkach. Jak już będzie płyta pojawi się możliwość pojechania na większe festiwale, a tam już z chęcią poczułabym prawdziwy bas pod nogami. Jeśli chodzi o komponowanie i tworzenie wizerunku to nie widzę innej opcji niż samotne działanie. Myślę, że nie ma demokracji w muzyce.

Arkadiusz Kałucki: Słowa, muzyka, aranżacje, produkcja, miks to tylko przykłady etapów powstania piosenki. Z dotychczasowego doświadczenia muzycznego, który jest dla Ciebie najbradziej pracochłonny i dlaczego?

Mery Spolsky: Ostatni etap, czyli produkcja i miks. Przede wszystkim trzeba znaleźć odpowiednią osobę, która będzie umiała uruchomić swoje producenckie ucho i sfinalizować proces powstawania utworu. Z mojego doświadczenia znalezienie takiej osoby jest najbardziej pracochłonne. Słowa i muzyka to proces błyskawiczny. Zdarza mi się pójść na studia na wykład i wrócić z piosenką w zeszycie. Czasem wydaje mi się, że nawet za szybko poszło mi napisanie jakiegoś tekstu. Wtedy silę się na poprawki, które ostatecznie kasuję, bo najbardziej jestem zadowolona z wersji numer jeden. Może to źle? Nie wiem. Będę się pewnie łapać za głowę za kilka lat.

Mery Spolsky 2- fot_ Agnieszka Żdanuk

fot.Agnieszka Żdanuk

Arkadiusz Kałucki: Już dawno nie słyszałem żebyś śpiewała covery. To już etap, który się Tobie znudził i czas na własne teksty i muzykę?

Mery Spolsky: Tak! Zawsze na pierwszym miejscu były własne piosenki, mam ich w szufladzie ponad dwieście. Za każdym razem kiedy śpiewam cover myślę o tym, że fajnie by było wyskoczyć zaraz z czymś swoim, powiedzieć coś od siebie. Za interpretacje cudzych utworów brałam się głównie ze względu na festiwale, na których chciałam się pojawi. Intrygowały mnie tamtejsze sceny i klimat. Tak naprawdę w pełni szczęśliwa jestem gdy stoję i śpiewam swój własny wiersz, bo wiem w stu procentach o co mi chodzi. Wchodząc w czyjeś teksty muszę dorabiać im swoje emocje i myśli, być może nadaję drugie życie znanym utworom, a może niszczę je swoją wizją.

Arkadiusz Kałucki: Co zaplanowałaś sobie zrealizować do końca 2016 r. jeżeli chodzi o muzykę oraz twoją markę mody?

Mery Spolsky: Wejść do studia, nagrać płytę, stworzyć nową kolekcję jesień/zima (bo projekty i pomysły już dawno śnią mi się po nocach) i pojechać na trip po Europie we wrześniu. Chciałabym zjechać starówki w Europie i nawiedzić je swoją gitarą i muzyką spolsky. Będzie to akcja totalnie spontaniczna i eksperymentalna. Posiadam angielskie teksty do swoich piosenek, chciałabym sprawdzić je w innych krajach i przede wszystkim zwiedzić trochę świata. Potem to już tylko ostra robota nad pierwszą płytą i pisanie pracy magisterskiej.

Arkadiusz Kałucki: Dziękuję za rozmowę.

Mery Spolsky: Dziękuję 🙂